— Módl się wraz ze mną!
— Nie chcę!...
Mała kajutka, gorąca jak piec, ogarniała w tej chwili ogrom lęków i bólów; krzyków i jęków; modlitw, wygłaszanych tonem przekleństw, i klątw, szeptanych jak modlitwy. Charley z oznakami najwyższego zachwytu obwieścił wszystkim, że w celce Jimmy’ego dzieją się nadzwyczajne rzeczy, więc brać marynarska tłoczyła się u zamkniętych drzwi, zbyt oszołomiona, ażeby je otworzyć. Cisnęła się tu cała załoga. Ludzie z dolnej warty powyskakiwali w koszulach na pokład, jakby w czasie jakiejś katastrofy. Ci, którzy przybyli ostatni, nuż wypytywać:
— Co tam takiego?
— Słuchajcie — wołali inni.
Stłumiony wrzask rozlegał się ciągle:
— Na kolana! Na kolana!
— Milcz!
— Nie! Mam cię w swojej pieczy... Życie twoje uratowane... Opatrzność... Miłosierdzie... Żałuj za grzechy...
— Jesteś postrzelony głupiec.