— Ty jesteś na mojej odpowiedzialności... ty... Nie będę miał na tym świecie spokojnego snu, jeżeli...

— Wynoś się!...

— Nie!... palenisko ogniem ziejące... tylko pomyśl!...

Tu dała się słyszeć roznamiętniona, wrzaskliwa paplanina, w której wyrazy sypały się jak grad.

— Nie! — krzyczał Jim.

— Tak! Jesteś! Nic nie pomoże. Wszyscy to mówią.

— Łżesz!

— Widzę, że umierasz... w tej chwili... w moich oczach... jesteś już martwy...

— Ratunku! — krzyknął przenikliwie Jimmy.

— Nie na tej dolinie łez... wznieś się oczyma wzwyż — darł się tamten.