— Precz! Morderco! Na pomoc! — ryczał Jimmy.

Głos mu się nagle załamał. Dolatywały jęki, ciche mamrotanie, westchnienia.

— Co się tu dzieje? — spytał głos, który rzadko dawał się słyszeć.

— Rozstąpcie się! Dalej w tył! — zakomenderował ostro pan Creighton, przeciskając się przez ciżbę.

— Idzie stary — szepnął ktoś.

— Tam jest kucharz, proszę pana — wykrzyknęło kilku, ustępując z drogi.

Odemknięto drzwi z trzaskiem; szeroki strumień światła trysnął na osłupiałe twarze; dmuchnęło prądem ciepłego zaduchu. Dwaj oficerowie więcej niż o głowę przewyższali tego nikłego, siwego człowieczka, który zjawił się nagle pomiędzy nimi, odziany niepocześnie, sztywny, kanciasty, podobny do wyciosanej z drzewa figurki, z twarzą szczupłą i spokojną.

Kucharz powstał z klęczek. Jimmy siedział na wyższym tapczanie, objąwszy rękami podwinięte golenie. Chwast niebieskiej jego szlafmycy drżał prawie nieuchwytnie nad kolanami. Patrzali zdumieni na długą, w pałąk wygiętą linię jego pleców, a on spozierał ku nim błędnym okiem. Bał się odwrócić głowę, kulił się ze strachu; jakiś dziwny, bydlęcy rys przejawiał się w jego nieruchomej, wyczekującej, bezmyślnej pozie, którą nakazał mu przybrać instynkt spłoszonego, dzikiego zwierza.

— Co tu robisz? — spytał szorstko pan Baker.

— Spełniam swój obowiązek — odpowiedział kucharz z przejęciem.