— Swój... co takiego? — żachnął się pan Baker. Kapitan Allistoun trącił go lekko w ramię.
— Znam jego maniactwo — rzekł po cichu i dodał na głos rozkazującym tonem:
— Wyjdź stąd, Podmore!
Kucharz załamał ręce, podniósł pięści i trząsł nimi nad głową, aż wreszcie ramiona mu opadły, jak gdyby były za ciężkie. Chwilę stał tak zbity z tropu, bez słowa.
— Nigdy! — wykrztusił — Ja... on... Ja...
— Co — ty — po — wia — dasz? — przeciągnął kapitan Allistoun — Wychodź stąd natychmiast — bo inaczej — —
— Już wychodzę — rzekł kucharz z nagłą i ponurą rezygnacją. Przestąpił stanowczo próg, zawahał się — odszedł jeszcze kilka kroków. Przyglądano mu się w milczeniu.
— Składam na was odpowiedzialność — krzyknął z rozpaczą, wykonując pół obrotu w tył. — Ten człowiek umiera. Składam na was...
— Jeszcześ tu? — zawołał groźnie kapitan.
— Już mnie nie ma — pośpieszył odrzec.