— Do kroćset! — ach!

Tu odgłos, jakby uderzenia w twarz; kawałek żelaza stuknął o pokład; szamotanie się krótkie — i cień czyjegoś ciała zniknął w otworze głównej luki, przed cieniem czyjegoś kopnięcia. Rozległ się rozwścieczony głos, skowyczący najplugawsze klątwy.

— Ciskać sprzętami — na miły Bóg! — chrząkał przerażony pan Baker.

— To we mnie godziło — rzekł spokojnie kapitan — Czułem przy twarzy prąd powietrza; co to był za przedmiot — czy nie balas?

— Na Boga — mruknął pan Creighton.

Splątane głosy rozmów ze środka okrętu biegły, mieszając się z gwarem fal, podnosiły się ku milcząco rozpostartym żaglom — zdawały się płynąć w dal nocy — aż poza horyzont i hen ponad niebo. Ciche gwiazdy płonęły nad wierzchołkami pochylonych masztów. Smugi światła, leżące na wodzie, łamały się pod sunącym kadłubem statku, a gdy je przeorał, drżały długi czas jeszcze, jakby ze strachu przed szemrzącym morzem.

Tymczasem sternik, wiedziony ciekawością, co by znaczyła ta wrzawa, porzucił koło i, zgięty we dwoje, długimi krokami pędził chyłkiem ku rufie. Pozostawiony sobie Narcyz wykręcił się powoli z wiatrem, zanim ktokolwiek to zauważył. Szedł, kołysząc się z lekka; śpiące żagle ocknęły się naraz i z wielkim łopotem uderzyły jednocześnie o maszty; następnie jęły znów, jeden po drugim, obrzękać, trzaskając głośno na wyżach rej, aż wreszcie główny żagiel rozpostarł swoje płótnisko na ostatku jednym, gwałtownym rzutem. Okrę; zadygotał od flagowych czopów, aż do bierwion kilut łoskot żagli trwał wciąż, jakby jakaś kanonada; liny łańcuchowe — szkoty i luźne ich obrączki, tzw. szykle, pobrzękiwały w górze lekkim szczękiem; pogrzmiewały bloki windug. Niewidzialna, zda się, gniewna jakaś ręka zatrzęsła okrętem, by przywieść jego załogę do poczucia rzeczywistości; przypomnieć jej czujność i obowiązek.

— Do rudla! — krzyknął ostro kapitan — Biegnij no pan na rutę, panie Creighton, zobacz, gdzie się ten głupiec zapodział.

— Ściągnąć kliwer! Brasy hyzowe luźno! — grzmiał pan Baker.

Wystraszeni majtkowie sypnęli się hurmem, powtarzając komendę. Warta wolna, widząc się nagle osamotnioną przez wartę czynną, powlokła się samowtór i samotrzeć do izby kasztelu, rozprawiając głośno po drodze.