— Równy chód i baczność! — powtórzył jego następca, ujmując koło.
— Ten wiatr przeciwny to moje utrapienie — w nagłym porywie gniewu krzyknął kapitan, tupiąc nogą — Przeciwny wiatr! Reszta to głupstwo.
Lecz natychmiast opanował się i uspokoił:
— Przez tę noc trzymać załogę w ruchu, proszę panów. Dać im uczuć, że bynajmniej nie straciliśmy kontenansu, rozumiecie. I spokojnie! Żadnych awantur, panie Creighton. Jutro przemówię do nich po ojcowsku. Banda kiepskich fuszerów! Tak, fuszerów! Żeglarzy wśród nich, którzy by cośkolwiek byli warci, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Pracować im się nie chce, wolą brykać — oczywiście.
Tu zrobił przestanek.
— Panie Baker, pan pewno myśli, że dostałem bzika, co?
Postukał się w czoło, roześmiał i, nie czekając odpowiedzi, mówił dalej:
— Kiedym go zobaczył stojącego przede mną — martwy był prawie i taki przerażony — czarny wśród stada tych gapiów — bezsilny wobec tego, co nas wszystkich czeka — wiedziałem od razu, co powiedzieć, zanim jeszcze zdążyłem zebrać myśli. Żal mi go — tak samo byłoby mi żal chorego zwierzęcia. Trudno wyobrazić sobie stworzenie do tego stopnia lękające się śmierci! Pomyślałem: trzeba, żeby sobie spokojnie dobrnął do końca. Coś pchnęło mnie do tego. Ani mi przez myśl nie przemknęło, że ci głupcy... Hm! A teraz będę przy tym obstawał — oczywiście.
Wetknął żelazny klocek do kieszeni, jakby wstydząc się samego siebie, i rzekł ostro:
— Gdy zobaczycie, że Podmore wyprawia swoje sztuki, powiedzcie mu, że każę go pod pompę... Szkoda, żem tego nie zrobił wcześniej. Od czasu do czasu ma takie zaćmienia. Dobry kucharz poza tym.