Szybkimi krokami skierował się ku zejściu. Obaj oficerowie powiedli za nim w świetle gwiazd zdumionym wzrokiem. Na czwartym stopniu przystanął i, zmieniwszy ton, rzekł z głową tuż nad pokładem:
— Dziś w nocy będę czuwał, na wszelki wypadek. Zawołajcie mnie, gdyby co... Czy widział pan oczy tego chorego Murzyna, panie Baker? Zdawało mi się, że mnie o coś błaga. O co? Daremna wszelka pomoc. Ten czarny nieborak taki opuszczony, samotny wśród nas i patrzał na mnie, jakby już jedną nogą był w piekle. No a ten nędzny Podmore! Niechże biedak umiera w spokoju. Ostatecznie ja tu wydaję rozkazy. Moje słowo jest wolą. A zatem niech tak będzie. Dajmy mu spokój. I on może był kiedyś kawałkiem człowieka... Czuwajcie pilnie.
To powiedziawszy, kapitan znikł w zejściu, a jego podwładni stali, spoglądając jeden na drugiego z większym zdumieniem, niż gdyby ujrzeli nagle statuę kamienną, która ocieka żywymi łzami, bolejąc nad niepewnością życia i śmierci...
W niebieskawej mgle, powstałej ze spiralnych włókien dymu sterczących z fajek, kasztel zdawał się być rozległą halą. Pod powałą, między belkami, dym zgęstniał w chmurę; lampy, okolone aureolami, tliły się jak dwa martwe, bezpromienne ogniki w otoczach z szkarłatnego żaru. Ludzie w pozycjach niedbałych porozwalali się na podłodze, lub stali, zgiąwszy jedno kolano, przyparci ramieniem do ściany. Poruszały się usta, błyskały oczy, gestykulujące ręce żłobiły wiry w dymie. Wrzawa głosów piętrzyła się, rosnąc wyżej i wyżej, jak gdyby wąskość drzwi tamowała jej szybki odpływ. Ludzie z dolnej warty, w koszulach, migali długimi, białymi nogami, podobni bredzącym lunatykom; od czasu do czasu ktoś z dyżurujących na pokładzie wpadał na chwilę — odbijając rażąco swym całkowitym przyodzianiem — posłuchał, co mówią, rzucił w ten harmider własne jakie zdanie i wybiegał z powrotem; niektórzy wszakże trzymali się blisko drzwi, jak przykuci, z uchem zwróconym w stronę pokładu.
— Bądźmy za jedno, chłopcy — ryczał Davies, Belfast usiłował przekrzyczeć wrzawę. Oszołomiony Knowles szczerzył zęby w uśmiechu. Jakiś przysadkowaty marynarz z gęstą brodą wrzeszczał raz po raz — „Kto się boi? Kto się boi?” Inny majtek o rozognionych oczach wstał raptem, wyzionął potok klątw bez związku, po czym siadł najspokojniej. Dwaj uczestnicy poufałego jakiegoś sporu trącali się nawzajem w pierś, wbijając jeden drugiemu swoje rozumowania. Trzej inni, zetknięci głowami, zwierzali się sobie jednocześnie i na cały głos. W tym burzliwym chaosie niektóre zrozumialsze urywki wypryskiwały na wierzch i wpadały w ucho. Słychać było:
— Na ostatnim okręcie...
— Co to kogo obchodzi? Spróbuj na którym z nas, czy...
— Zgnieść pod obcasami...
— Powiada sam, że zdrów...
— Zawsze myślałem...