— Powiedział, że mi łeb rozwali! — krzyknął Donkin rozdzierającym głosem.
Singleton spojrzał w dół kłopotliwie i uważnie, jakby się go próżno doszukiwał.
— Niechże cię diabli! — mruknął, dając za wygraną.
Promieniowała z niego mądrość niewypowiedziana, twarda obojętność i chłodne tchnienie rezygnacji. Otaczający go słuchacze poczuli wielką ulgę w swym rozczarowaniu; przeciągali się i wałęsali niedbale, milcząc jak ludzie, którzy zdają sobie dokładnie sprawę z nieodwołalnego biegu życia. A Singleton, nieświadom swej głębokiej mądrości, machnął ręką i bez słowa oddalił się na pokład.
Belfast zatopił się w okrągłookiej zadumie. Ten i ów dźwignął się na górny tapczan i, ległszy, westchnął głęboko; niektórzy zanurzali się szybko wgłąb niższych koj głową naprzód i odwracali się natychmiast, jak zwierzęta wchodzące do legowisk. Słychać było zgrzyt ostrza o wypaloną glinę. Knowles przestał szczerzyć zęby. Davies rzekł z najwyższym przekonaniem:
— A więc nasz kapitan to łajdak.
— Ręczę, że jeszcze coś o tym usłyszymy — bąknął Archie.
Rozległy się cztery uderzenia dzwonu.
— Pół warty w łóżku przepadło! — krzyknął Knowles przerażonym głosem. Ale zaraz się zreflektował, pocieszając — No, i dwie godziny snu zawsze coś warte dla strudzonego człowieka.
Niektórzy udawali już, że śpią. Charley wymamrotał coś przez sen arbitralnym tonem.