Archie spojrzał nań spokojnie i z determinacją odwrócił się nosem do ściany. Belfast jął błąkać się po ciemnej izbie, aż potknął się o Donkina. Przez chwilę przypatrywał mu się z góry.
— Dlaczego nie kładziesz się spać? — rzekł. Donkin spojrzał nań z podłogi i beznadziejnie zaszeptał:
— Ten niegodziwiec Szkot, ten psi syn kopnął mnie!
— I dobrze zrobił — rzekł Belfast, ciągle jeszcze strapiony — Ty, kochanku, byłeś diabelnie bliziutko stryczka dzisiejszej nocy. A z moim Jimmym ty swoich zabójczych kawałów zaprzestań! Nie przyłożyłeś ręki do jego wydobycia. To sobie zapamiętaj. Bo jeżeli ja wezmę się do ciebie lać — tu cokolwiek się rozchmurzył — jeżeli ja wezmę się do ciebie, to już ja ci policzę kosteczki po amerykańsku!
Stuknął go z lekka knykciami w pochyloną głowę.
— To sobie zakonotuj, mój chłopcze — kończył wesoło.
Donkin nie stawiał oporu.
— Czy mnie nie wyszpiclują aby? — spytał trwożliwie.
— Kto — szpicluje? — syknął Belfast i przysunął się o krok — Zaraz jabym tu poszpiclował na twoim pysku, gdyby mi nie było pilno zajrzeć do Jimmy’ego! Za co nas masz?
Donkin wstał i patrzał za Belfastem, wymykającym się przez wąskie drzwi kasztelu. Dookoła słychać było miarowe oddechy śpiących. W tym zaciszu Donkin zdawał się znów nabierać odwagi i wściekłości. Z jadowitym wyrazem na chudej twarzy stał w obszernym, pożyczonym odzieniu i wodził wściekłym wzrokiem, jakby wypatrując, co by tu zdruzgotać. W wąskiej piersi galopowało mu serce. Śpią! Chwytała go żądza, aby poprzetrącać im karki, powydłubywać im oczy, napluć w twarze. Potrząsał parą brudnych, chudych pięści w kierunku kopcących lamp.