— Jesteś kundel. Weź to — rzekł rozkazująco kapitan.
Zdawało się, że ręce Donkina przylepiły się do ud; stał wyciągnięty jak na paradzie, z oczyma w słup.
— Weź to! — powtórzył kapitan, przysuwając się bliżej; czuli nawzajem swoje oddechy.
— Weź to! — rzekł znowu kapitan z groźnym gestem.
Donkin oderwał rękę od boku.
— Czego się pan mnie czepia? — wymiamlał niewyraźnie, jak gdyby miał gębę zatkaną ciastem.
— Jeżeli nie weźmiesz... — zaczął kapitan. Donkin schwycił nagel, jak gdyby chciał z nim uciec, i stał przygwożdżony do miejsca, trzymając żelazny kołek, jak świecę.
— Wetknij go tam, skąd go wyjąłeś — rzekł kapitan Allistoun, patrząc mu srogo w twarz.
Donkin cofnął się krokiem w tył, robiąc wielkie oczy.
— Ruszaj, ty łotrze, bo cię pognam! — krzyknął kapitan, nacierając groźnie i zmuszając go do cofania się. Donkin skulił się, wznosząc nad głową kołek, jak gdyby osłonę od grożącej mu pięści.