Pan Baker przestał na chwilę chrząkać.

— Dobrze! Do pioruna! — mruknął pan Creighton pochwalnym tonem znawcy.

— Proszę mnie nie dotykać — warczał Donkin, cofając się.

— To ruszaj! Prędzej!

— Proszę mnie nie bić!... Ja pana zaskarżę przed sądem... Ja pokażę panu...

Kapitan Allistoun posunął się o krok; Donkin odwrócił się, przebiegł kilka kroków, stanął i z poza ramienia wyszczerzył spróchniałe zęby.

— Dalej, tam — otakelunek przedniego masztu! — naglił kapitan, wskazując ręką.

— Stoicie tu i gapicie się, jak maltretują towarzysza — zajazgotał Donkin, zwracając się do załogi, która przypatrywała się w milczeniu. Kapitan Allistoun natarł żwawo. Donkin uskoczył znów, podbiegł ku więźbie linowej fokmasztu i, wściekając się ze złości, osadził nagel w odpowiednim wydrążeniu.

— My się jeszcze porachujemy — wrzasnął na cały okręt i znikł po tamtej stronie fok-masztu.

Kapitan Allistoun wykręcił się na pięcie i odszedł obojętnie w kierunku rufy, jak gdyby już zapomniał o całym zajściu. Ustępowano mu z drogi. Nie patrzał na nikogo.