— O czym myślisz? — spytał mrukliwie. Dżems Wait skrzywił się w uśmiechu, który przemknął po jego śmiertelnie zesztywniałej, kościanej twarzy, nieprawdopodobny i przerażający; takim śmiechem mógłby się śmiać tylko jakiś nagle w złym śnie ujrzany kościotrup.

— Jest jedna dziewczyna — szepnął Wait — ...z ulicy Canton Street dziewczyna — Trzeciego inżyniera na pośpiesznym śrubowcu — puściła kantem — dla mnie. Przyrządza ostrygi tak, jak ja lubię... Powiada — zerwałaby z najgładszym chłopcem — — — dla czarnego dżentelmena.... Niby dla mnie. Kobiety mnie lubią — dodał odrobinę głośniej.

Donkin zaledwie mógł wierzyć swoim uszom. Zdjęło go oburzenie.

— Ciebie? — Przecieżeś ty dla niej już nic nie wart — rzekł z nietajonym wstrętem.

Ale mówił do nieobecnego. Wait przechadzał się po wybrzeżu stoczni wschodnio-indyjskiej, mówił grzeczcznie: „Pójdźmy coś przekąsić”, popychał lustrzane drzwi, w świetle kinkietów gazowych ocierał się z królewską miną o bufet z mahoniu...

— A więc tobie się jeszcze zdaje, że zobaczysz ląd? — spytał Donkin zgryźliwie. Dżems Wait ocknął się raptem.

— Dziesięć dni — rzekł prędko i natychmiast wrócił myślą do krainy wspomnień, gdzie czas nie ma dostępu. Uczuł się spokojnym, wypoczętym, ukrytym bezpiecznie w głębi siebie samego, gdzie żadna wątpliwość nie mogła go dosięgnąć. Te długie chwile zupełnego spokoju miały w sobie coś z wieczności. Dobrze mu było i spokojnie pośród wspomnień wizyjnych, którymi się rozkoszował, biorąc je mylnie za obrazy nieodzownej przyszłości. Cały świat przestał dla niego istnieć. Donkin wyczuł to niejasno, jak ślepiec może wyczuć w mroku nieuchronny antagonizm otaczających go istnień, które pozostaną dla niego na zawsze nierealnymi, niewidzialnymi i godnymi zazdrości. Targnęła nim chęć, aby w jakikolwiek sposób zaznaczyć swoją osobistą wartość, złamać coś, skruszyć, skwitować się, zrównać z każdym pod każdym względem; zedrzeć zasłonę, maskę, wyjawić wszystko, udaremnić wszelkie wykręty; — przewrotna żądza prawdy!

Zaśmiał się szyderczym śmiechem i rzekł:

— Dziesięć dni. Bodajem olśnął, jeżeli kiedy w życiu... Ty jutro o tym czasie wyciągniesz kopyta. Dziesięć dni!...

Chwilę przeczekał.