— Słyszysz mnie? Niech mnie diabli porwą, jeżeli ty już teraz nie wyglądasz na umarłego.
Jimmy widać zebrał wszystkie swoje siły, gdyż powiedział niemal głośno:
— Jesteś prześmiardły, plugawy łgarz. Wszyscy wiedzą o tym.
Tu najniespodziewaniej usiadł, czym mocno swego gościa przestraszył. Ale Donkin wnet się opanował i dał folgę językowi:
— Co? Co? Kto łgarz? Ty nim jesteś — załoga tutejsza — kapitan — wszyscy. Ale nie ja... Chciałoby się imponować, nosa zadzierać! Któż ty jesteś?
Dusiła go złość:
— Kimże ty jesteś, żeby zadzierać nosa? — powtórzył, trzęsąc się — Możesz wziąć jeden — powiada — a sam tego nie zje. Teraz wezmę oba. Jak Boga kocham, wezmę! Ty — ciebie nie ma, ty jesteś nikt.
Wlazł w niższą koję i szperał tam, aż znalazł i wydobył na jaw drugi, zakurzony suchar. I podsuwając mu go pod same oczy, z wyzywającym gestem odkąsił kawałek.
— No i cóż? — pytał, zachłystując się swym zuchwalstwem — Możesz wziąć jeden — powiadasz. A dlaczego nie oba? Nie, bo ja jestem parszywy pies. Jeden dla parszywego psa. A ja wziąłem oba. Czy możesz mi nie dać? Spróbuj, no dalej. Spróbuj!
Jimmy objął rękoma nogi i ukrył głowę w kolanach. Oblepiała się na nim koszula. Znać było każde żebro. Wynędzniały grzbiet dygotał, wstrząsany rwącym się oddechem.