— Nie chcesz? Nie możesz! A co, nie mówiłem? — wykrzykiwał Donkin, mając gębę zapchaną drugim kęsem, który śpiesznie na sucho połykał. Rozwścieczała go milcząca bezradność tamtego, słabość i skurczona poza.
— Koniec z tobą — wrzeszczał — ktoś ty taki, żeby cię okłamywać; żeby cię obsługiwać, do wszystkich diabłów, jak imperatora? Jesteś nikim. Niczym jesteś! — bluznął siłą niezachwianego przekonania, że aż zatrząsł się cały. Skończywszy mówić, drgał jeszcze jak szarpnięta struna.
Jimmy znów zebrał wszystkie siły. Podniósł głowę i zwrócił się mężnie ku Donkinowi, który ujrzał jakąś nieznaną sobie twarz, jakąś fantastycznie wykrzywioną maskę rozpaczy i wściekłości. Wargi jej szybkim ruchem wyrzucały z siebie głuche, jękliwe, świszczące dźwięki, przepełniające kajutę nieokreślonym szemraniem, pełnym gróźb, skarg i beznadziejnych zawodzeń; przypominało to daleki poszum zrywającego się wichru. Wait trząsł głową, toczył oczyma, zaprzeczał, klął, groził — lecz ani jedno słowo nie miało siły wydostać się z tych czarnych warg, wydętych w jakiś dąs żałosny. Niezrozumiały i niepokojący był ten żargon pełen wzruszenia, ta zapalczywość, szwargocząca niemo w obronie jakiejś niemożebnej sprawy i grożąca widmową zemstą. Donkin uznał za rzecz roztropną mieć się na ostrożności.
— Nie możesz wydobyć z siebie głosu. Widzisz, nie mówiłem ci? — rzekł, popatrzywszy na niego badawczo. Tamten zaś nie przerywał swej zapamiętałej mimiki, kiwał wściekle głową i wykrzywiał się, przerażając olśniewającymi błyskami wielkich, białych zębów. Donkin, jak gdyby zaczarowany niemym krasomówstwem i furią czarnego widma, podszedł bliżej, wyciągając szyję z podejrzliwą ciekawością; i wydało mu się nagle, że widzi tylko cień człowieka, skulony na górnym leżaku, na jednym poziomie z jego oczyma.
— Co? Co? — zapytał. Zdawało mu się, że w tem zadyszanym syczeniu rozróżnił kilka wyrazów — Belfastowi się poskarżysz? Tego chcesz? Babskim plotuchem jesteś, co?
Zadrżał ze strachu i wściekłości zarazem.
— Poskarż się babuni! Boi się umierać! Cóżeś to za jeden, żeby się bać więcej niż kto inny?
Namiętne przeświadczenie o swej przewadze opuściło go wraz z resztką ostrożności.
— Poskarż się, i niech cię diabli wezmą. — Skarż się, jeżeli możesz — krzyczał. — Gorzej psa traktowała mnie ta cała przeklęta banda lizusów. Wystawili mnie na sztych po to, żeby się przeciwko mnie spiknąć. Jam tu jedyny człowiek. Oni poniewierali mną jak szmatą, kopali mnie — a tyś się śmiał, ty czarny strupieszały nicponiu, ty. Zapłacisz mi za to. Odejmowali sobie od ust, karmili cię, poili — zapłacisz mi za to, jak Boga kocham! Kto mi dał napić się wody? Ciebie to potrafili okutywać swoimi zapowietrzonymi łachmanami wówczas, w tę noc — a co mnie dali! — dali mi po pysku — niech ich zaraza morowa... Tak mi Boże dopomóż!... Zapłacisz ty mi swoimi pieniędzmi. Natychmiast będę je miał, w tej chwili, jak tylko umrzesz, ty przeklęty, zatracony oszuście. Wiesz kto jestem? Jestem człowiek. A ty jesteś rzecz — nędzna rzecz. Ha — ty trupie!
Sucharem, który ciągle trzymał mocno w garści, cisnął w głowę Jimmy’ego, ale suchar, z lekka ją tylko musnąwszy, uderzył z głośnym trzaskiem o dyl przepierzenia, pękł i rozprysł się na drobne kawałki, niby ręczny granat. Dżems Wait, jak gdyby śmiertelnie ugodzony, padł w tył na posłanie. Przestał ruszać wargami, uciszyła się ruchliwość jego oczu, którymi jął uporczywie wpatrywać się w sufit. Zdziwiło to Donkina; siadł na kuferku i utknął wzrokiem w podłodze, wyczerpany i posępny. Po chwili zaczął do siebie mamrotać: