— Zdychaj, ty wywłoko, zdychaj! Może ktoś nadejść... Czemu nie jestem pijany!... Za dziesięć dni... Ostrygi...
Spojrzał w górę i rzekł głośniej:
— Nie, to już nie dla ciebie... Nigdy już... Nie dla ciebie dziewczęta przyrządzające ostrygi. Któż ty jesteś? Na mnie teraz kolej... Chciałbym być pijany: chętnie bym przyłożył ręki do wyprawienia cię na tamten świat. Powędrujesz tam. Nogami naprzód przez lukę burty... Plusk! Żegnaj mi na zawsze! Nigdy ciebie już nie zobaczę. Przez burtę! W sam raz dla ciebie koniec.
Jimmy z wolna obrócił głowę i skierował oczy na twarz Donkina; w tych oczach było niedowierzanie, rozpacz i trwoga — błagalny wyraz dziecka, nad którym wisi kara samotnego zamknięcia w ciemnym pokoju. Donkin obserwował go ze skrzynki pełnymi nadziei oczyma i, nie wstając, spróbował podnieść wieko. Zamknięte. — Chciałbym być pijany — mruknął i zerwał się, łowiąc trwożnym słuchem daleki odgłos kroków na pokładzie. Zbliżyły się i zatrzymały. Ktoś przeciągle ziewał tuż za drzwiami, aż wreszcie oddalił się, człapiąc leniwie. Serce Donkina zwolniło przyśpieszony bieg; gdy spojrzał ku górnej kojce, Jimmy wpatrywał się, jak przedtem, w białą belkę.
— Jak się teraz czujesz? — spytał Donkin.
— Źle — odszepnął Jimmy.
Donkin siadł, postanawiając czekać cierpliwie.
Co pół godziny dzwonił dzwon, drugi mu odpowiadał, i tak rozmawiały ze sobą, dźwięcząc wzdłuż całego okrętu. Jimmy oddychał tak szybko, że zliczyć rytm było niepodobna i tak słabo, że prawie niedosłyszalnie. Oczy miał przerażone, jak gdyby napatrzył się niewypowiedzianych okropności, a twarz świadczyła, że rozmyślał o rzeczach wstrętnych. Nagle krzyknął niewiarogodnie silnym głosem, łkając rozdzierająco:
— Za burtę!... Ja!... mój Boże!
Donkin wiercił się na kuferku. Spojrzał pomimo woli. Jimmy milczał. Jego długie, kościste ręce gładziły kołdrę, jakby ją chciał podciągnąć do samej brody. Łza, wielka, samotna łza wymknęła mu się kącikiem oka i, nie zawadzając o zapadły policzek, stoczyła się na poduszkę. Z gardzieli słychać było ciche rzężenie.