— Od czasu do czasu proszę jej dawać łyżkę tego lekarstwa — odezwał się. — To przyniesie jej ulgę.
— I nic już nie można jej pomóc? — spytał starzec cierpliwie.
— Nie. Nic już jej nie pomoże — rzekł doktor i odwróciwszy się od niego, zamknął na zatrzask skrzynkę z lekarstwami.
Nostromo przeszedł z wolna przez wielką kuchnię. Było tam ciemno, lecz pod ogromnym okapem pieca jarzyła się garść węgli, na których w żelaznym garnku bulgotała wrząca woda. Między dwie ściany wąskiej klatki schodowej napływało jasne światło z góry, z pokoju chorej. Wspaniały capataz de cargadores, stąpający bez szmeru w miękkich, skórzanych sandałach, ze swym bujnym zarostem, muskularną szyją i brązową piersią, wyzierającą spod rozchełstanej koszuli w kratę, podobny był do marynarza z Morza Śródziemnego, który dopiero co wysiadł na ląd z jakiejś feluki208 wiozącej wino czy owoce. U szczytu schodów zatrzymał się, barczysty, wąski w biodrach i gibki. Spojrzał ku łożu, które niczym jakaś królewska kareta nurzało się w nadmiarze śnieżnej pościeli. Wśród niej siedziała padrona, niepodparta, pochyliwszy swą wdzięczną, czarnobrewą twarz na piersi. Gęstwa kruczych włosów z nielicznymi tylko, srebrnymi smugami okrywała jej ramiona. Jedno grube pasmo, zwieszające się od przodu, przysłaniało do połowy jej lica. Znieruchomiała w tej postawie, wyrażającej przygnębienie i niepokój, podniosła oczy na Nostroma.
Capataz miał owinięty dokoła bioder czerwony pas. Wielki, srebrny pierścień połyskiwał na palcu wskazującym ręki, którą podniósł, by podkręcić wąsa.
— Te ich rewolucje, ich rewolucje! — dyszała señora Teresa. — Widzisz, Gian’ Battista, zabiły mnie w końcu.
Nostromo nie odezwał się, chora wpatrywała się w niego natrętnymi oczami.
— Widzisz, to mnie zabiło, a tyś tymczasem bił się jak wariat za sprawę, która cię nic nie obchodzi.
— Po co to gadanie? — mruknął capataz przez zęby. — Czy nigdy nie uwierzycie w mój zdrowy rozsądek? Chcę być tym, czym jestem: zawsze sobą samym.
— Wcale się zmieniasz, rzeczywiście! — sarknęła gorzko. — Zawsze myślisz tylko o sobie i łasisz się na słodkie słówka od ludzi, którzy wcale o ciebie nie dbają.