W tej chwili ukazał się doktor Monygham, który odprowadzał z powrotem dzieci. Na pytające spojrzenie pani Gould potrząsnął tylko głową i wyszedł zaraz w towarzystwie Nostroma.
Koń człowieka z pochodnią zwiesił nisko łeb, a jeździec opuścił lejce, by zapalić papierosa. Blask pochodni pląsał po frontowej ścianie domu, upstrzonej wielkimi, czarnymi literami napisu, z którego tylko słowo „Italia” widniało w pełnym świetle. Łuna rozmigotanego blasku sięgała aż do powozu pani Gould, który czekał na drodze. Na koźle drzemał okazały Ignacio o żółtej twarzy. Obok niego Basilio, kościsty i śniady, trzymał przed sobą oburącz winchesterski karabin i spoglądał trwożnie w ciemność. Nostromo dotknął lekko ramienia doktora:
— Czy ona naprawdę umiera, señor doctor?
— Tak — odparł doktor z jakimś dziwnym skurczem swej naznaczonej blizną twarzy. — Nie pojmuję, dlaczego chce się z panem widzieć.
— Wcześniej też tak z nią bywało — podsunął mu Nostromo, odwracając oczy.
— No, capatazie, mogę pana zapewnić, że już więcej tak z nią nie będzie — warknął doktor Monygham. — Może pan pójść do niej albo nie pójść. Po co te rozmowy z umierającymi? Ale słyszałem na własne uszy, jak mówiła do doñii Emilii, iż opiekowała się panem jak matka, odkąd pan wylądował na tym brzegu.
— Si! I nigdy nie powiedziała o mnie do nikogo bodaj jednego dobrego słowa. Zdawało się doprawdy, iż nie może mi przebaczyć, że żyję i że jestem takim mężczyzną, jakim by kiedyś pragnęła widzieć swojego syna.
— Być może — odezwał się jakiś posępny głos obok nich. — Kobiety mają swe własne sposoby udręczania siebie samych.
Giorgio Viola wyszedł z domu. W świetle pochodni jego sylwetka rzucała wielki, czarny cień, a blask płomienia migotał na jego potężnej twarzy i siwej czuprynie wielkiej, włochatej głowy. Wyciągniętą ręką zachęcał capataza, by wszedł do wnętrza.
Doktor Monygham, otworzywszy małą skrzynkę z politurowanego drewna, która leżała na siedzeniu powozu, odwrócił się do starego Giorgia i wetknął jedną z buteleczek ze szklaną zatyczką w jego dużą, drżącą rękę.