— Szukają miejsca, z którego mogliby dojrzeć Izabelę — pomrukiwał Nostromo — żeby stamtąd popłynąć na wprost do portu i zagarnąć Urząd Celny wraz ze skarbami. Czy pan widział kiedyś komendanta Esmeraldy, Sotilla? Przystojny człowiek i ma miły głos. Gdym tu przyjechał, widywałem go na calle, mizdrzącego się do señorit w oknach i szczerzącego nieustannie białe zęby. Ale jeden z moich cargadorów, który służył w wojsku, opowiadał mi, iż pewnego razu kazał odrzeć żywcem ze skóry jakiegoś człowieka gdzieś tam na Campo, dokąd go posłano dla przeprowadzenia poboru wojskowego wśród ludności estancji. Nie mieściło mu się zapewne w głowie, żeby Towarzystwo posiadało człowieka, który udaremni jego zamiary.
Przyciszona wielomówność capataza raziła Decouda jako oznaka słabości. A jednak gadatliwa odwaga może być równie szczera jak zawzięte milczenie.
— Nie wywiódł pan jeszcze Sotilla w pole — odezwał się. — Czy nie pamięta pan już o tym nicponiu, który leży tam, na przedzie?
Nostromo zapomniał o señorze Hirschu. Wyrzucał sobie gorzko, iż nie przetrząsnął starannie łodzi przed opuszczeniem portu. Nie mógł sobie darować, że nie zadźgał nożem i nie wrzucił do morza Hirscha zaraz w pierwszej chwili, nie zaglądając mu nawet w twarz. Byłoby to zgodne z rozpaczliwym charakterem tej wyprawy. Bez względu na to, co nastąpi, Sotillo jest już wywiedziony w pole. Gdyby nawet ten łajdak, który leży teraz cicho jak nieżywy, zdradził czymkolwiek obecność łodzi, to jednak Sotillo — jeżeli to on dowodzi wojskiem na statku — nie posiądzie łupu.
— Mam w ręku siekierę — szepnął Nostromo zaciekle — która trzema cięciami przerąbie ścianę po samą wodę. Poza tym każda lichtuga ma rufie czop. Wiem dokładnie, gdzie on jest. Czuję go pod podeszwą.
Decoud rozpoznał brzmienie niekłamanej stanowczości w nerwowych pomrukach i mściwym podnieceniu znakomitego capataza.
— Zanim parowiec, wiedziony jednym lub dwoma okrzykami, bo więcej by ich nie było — rzekł Nostromo, zacinając głośno zęby — zdąży odszukać łódź, będzie pod dostatkiem czasu, żeby zatopić skarb uwiązany u mojej szyi.
Ostatnie słowa wtargnęły z sykiem do ucha Decouda. Nie odezwał się. Był najzupełniej przekonany. Pierzchł zwykły, charakterystyczny spokój tego człowieka. Nie był zgodny z tym, jak postrzegał sytuację. Coś głębszego, coś, czego nikt nie oczekiwał, wydobyło się na powierzchnię. Decoud ostrożnymi ruchami zdjął ze siebie kurtkę i zzuł obuwie. Nie uważał za obowiązek honoru utonąć razem ze skarbem. Jego zadaniem było przedostać się do Cayty, do Barriosa, o czym capataz dobrze wiedział. On również zamierzał we właściwy sobie sposób tchnąć w ten poryw całą rozpacz, do jakiej był zdolny. Nostromo szeptał:
— Słusznie, słusznie! Pan jest politykiem, señor. Powinien pan przedostać się do armii i wywołać nową rewolucję. — Nadmienił przy tym, iż na każdej lichtudze jest małe czółno, które może pomieścić co najmniej dwóch ludzi, jeżeli nie więcej. Ich czółno było przywiązane z tyłu.
O tym Decoud nie wiedział. Było oczywiście za ciemno, żeby je dojrzał, i dopiero gdy Nostromo położył jego rękę na linie przytrzymującej czółno, przywiązanej do knagi215 na rufie, doznał uczucia pełnej ulgi. Wstrząsnęła nim myśl, że może znaleźć się w wodzie, że ogłuszony ciemnością i niezwykłością, będzie pływał, kręcąc się prawdopodobnie na miejscu, aż w końcu z wyczerpania pójdzie na dno. Jałowa i okrutna marność takiego końca zachwiała jego pozą beztroskiego pesymizmu. W porównaniu z nim możliwość, że będzie się błąkał po morzu w czółnie, narażony na pragnienie, głód, uwięzienie i stracenie, wydawała się wprost rozkoszą, którą warto było okupić nawet pewną pogardą dla siebie. Nie przyjął rady Nostroma, żeby zaraz wsiadł do czółna.