— Może nas coś nagle zaskoczyć — rzekł capataz, obiecując solennie, iż odczepi czółno, kiedy zajdzie konieczna potrzeba.

Decoud oświadczył mu swobodnie, że ma zamiar posłużyć się czółnem dopiero w ostatniej chwili i tylko w takim przypadku, gdy capataz będzie mu towarzyszył. Ciemność zatoki nie była już dla niego końcem wszystkiego. Stanowiła część ożywionego świata, skoro przeprawiając się przez nią, czuło się grozę zatraty i śmierci. Była jednak zarazem ochroną. Cieszył się, że jest nieprzenikniona.

— Jak mur, jak mur! — mamrotał do siebie.

Jedyną rzeczą, która krępowała jego ufność, była myśl o señorze Hirschu. Że go się nie związało i nie zakneblowało, było teraz dla Decouda wprost szczytem nieopatrznego szaleństwa. Nędznik mógł wrzasnąć, był więc nieustającym niebezpieczeństwem. Wprawdzie jego nikczemny lęk zastygł teraz w milczeniu, ale nie można było przewidzieć, czy coś nie rozpęta go w nagłe krzyki. Istny szał trwogi, który zarówno Decoud, jak Nostromo dostrzegli w błędnych, nieprzytomnych spojrzeniach i ciągłych skurczach jego ust, obronił señora Hirscha przed okrutną koniecznością rozpaczliwej wyprawy. Minęła chwila, kiedy było można uciszyć go na wieki. Jak oświadczył Nostromo, odpowiadając na ubolewania Decouda, było za późno. Nie można było zrobić tego po cichu, zwłaszcza że nie wiedzieli dokładnie, gdzie on się znajduje. Gdziekolwiek wpełznął i się trząsł, byłoby zbyt ryzykowne zbliżać się do niego. Zacząłby prawdopodobnie skomleć o zmiłowanie. Zachowuje się cicho, więc będzie dużo lepiej pozostawić go w spokoju. Jednak konieczność polegania na jego milczeniu stawała się z każdą chwilą coraz przykrzejsza dla spokoju ducha Decouda.

— Wolałbym, capatazie, żeby pan nie był przeoczył stosownej chwili — zamamrotał.

— Co? Żeby go uciszyć raz na zawsze? Chciałem najpierw dowiedzieć się, w jaki sposób tu się dostał. To było bardzo dziwne. Któż mógł przypuścić, że stało się to tylko przypadkiem? Później, señor, kiedy zobaczyłem, że pan podaje mu wodę, nie mogłem już tego uczynić. Widziałem, jak nachylał pan manierkę do jego ust, jak poił go pan niby rodzonego brata, i już nie mogłem. Señor, nad taką koniecznością nie należy namyślać się zbyt długo. A jednak nie byłoby to okrucieństwem, gdyby go się pozbawiło tego nędznego życia. Ono jest ciągłą trwogą. To pańskie współczucie ocaliło go, don Martinie, a teraz już za późno. Nie można tego zrobić po cichu.

Parowiec stał, pogrążony w głuchym milczeniu, i cisza była tak głęboka, iż zdawało się Decoudowi, że nawet najlżejszy, zaledwie pojmowaniu dostępny szmer musi rozlegać się głośno i bez przeszkody aż po krańce świata. „Co by to było, gdyby Hirsch zakaszlał lub kichnął?” Czuć się na łasce podobnie idiotycznej ewentualności było rzeczą zbyt przykrą, żeby można było zbywać ją ironią. Nostromo również zdawał się niepokoić. „Czy to możliwe — zadawał sobie pytanie — żeby parowiec, uważając, że noc jest zbyt ciemna, zamierzał stać w miejscu do świtu?” Zaczął przypuszczać, iż może stać się to istotnym niebezpieczeństwem. Lękał się, by ciemność, która była jego opiekunką, nie stała się w końcu przyczyną jego zguby.

Tak jak przypuszczał Nostromo, transportowcem rzeczywiście dowodził Sotillo. Nie wiedział o wypadkach, które zaszły w Sulaco w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Nie dowiedział się również, iż telegrafista z Esmeraldy zdołał ostrzec swego kolegę w Sulaco. Podobnie jak wielu innych oficerów dowodzących załogami rozmieszczonymi na prowincji przechylił się na stronę ribierzystów w mniemaniu, iż mają oni na swe usługi niezmierne bogactwa koncesji Gouldów. Należał do tych, którzy bywali w Casa Gould, gdzie popisywał się przed don Josém Avellanosem konserwatywnymi przekonaniami i zapałem do reform, rzucając przy tym co chwila otwarte, uczciwe spojrzenia w stronę pani Gould i Antonii. Wiedziano, iż pochodził z dobrej rodziny, prześladowanej i zubożałej za tyranii Guzmana Bento. Poglądy, które wygłaszał, wydawały się najzupełniej naturalne i godziwe u człowieka, który miał takich przodków i takie koligacje. Nie okłamywał, był w doskonałej zgodzie ze sobą, dając wyraz wzniosłym uczuciom, gdyż wszystkie jego władze były zaprzątnięte tym, co wówczas wydawało się mu rzetelną i praktyczną myślą, tą mianowicie, że przyszły mąż Antonii Avellanos będzie z pewnością w zażyłych stosunkach z koncesją Gouldów. Wyłuszczył to nawet raz Anzaniemu, targując się się z nim o szóstą czy siódmą niewielką pożyczkę w mrocznym i wilgotnym mieszkaniu z wielkimi żelaznymi kratami, znajdującym się na tyłach głównego sklepu pod arkadami. Dał do zrozumienia kupcowi, iż łączą go doskonałe stosunki z emancypowaną señoritą, która jest dla Angielki jak siostra. Wysunął jedną nogę naprzód i wziął się pod boki, nakazując swą postawą podziw Anzaniemu i mierząc go wyniosłym spojrzeniem.

„Spójrz, nędzny sklepikarzu! Czyż takiemu człowiekowi może się oprzeć któraś kobieta, jakaś tam samotna, emancypowana panna, która nawykła do gorszącej swobody?” — zdawał się mówić.

Jego zachowanie się w Casa Gould było oczywiście zupełnie odmienne, pozbawione wszelkiej agresywności i nawet nieco smętne. Podobnie jak wielu jego rodaków, dawał się ponosić brzmieniu pięknych słów, zwłaszcza wypowiedzianych przez niego samego. Nie miał żadnych innych przekonań prócz przeświadczenia o nieodpartej potędze własnej wyższości. Ale było ono tak mocne, iż nie zaniepokoił się nawet pojawieniem się Decouda w Sulaco ani jego bliską zażyłością z Gouldami i Avellanosami. Wręcz przeciwnie, starał się zaprzyjaźnić z bogatym Costaguanerem przybyłym z Europy, spodziewając się, iż wkrótce wyłudzi od niego znaczniejszą sumę. Jedynym pobudką kierującą jego życiem była chęć zdobycia pieniądze na zaspokojenie swych kosztownych zachcianek, którym hołdował beztrosko, nie mając panowania nad sobą. Wyobrażał sobie, iż jest mistrzem w intrygach, ale jego zepsucie było tak proste jak instynkt zwierzęcy. Osamotniony, miewał niekiedy chwile dzikości; występowała ona u niego również w pewnych okolicznościach, jak na przykład, kiedy był sam w pokoju z Anzanim i starał się wydostać od niego pożyczkę.