Lekki, świszczący szelest świadczył, iż Nostromo rozpina żagiel. Ten nadął się cały od razu z odgłosem, jakby ktoś uderzył w bęben. Decoud powrócił do wąwozu. Nostromo, nie wypuszczając steru z ręki, spoglądał od czasu do czasu na znikającą bryłę Wielkiej Izabeli, zlewającą się stopniowo z jednostajną tkaniną nocy. Kiedy po raz ostatni odwrócił głowę, nie dostrzegł już nic prócz ciemności, zwartej niby gruba ściana.
Wtedy i on także doznał uczucia samotności, które zaczęło gnębić Decouda, odkąd lichtuga odbiła od brzegu. O ile jednak wygnańca na wyspie dręczyło jakieś dziwaczne poczucie nierzeczywistości, obejmujące nawet ziemię, po której stąpał, o tyle umysł capataza de cargadores zwrócił się szybko ku zagadnieniu przyszłego działania. Uzdolnienia Nostroma, pracując równolegle, pozwalały mu sterować na wprost, wypatrywać Hermozy, koło której miał przepłynąć, i jednocześnie wyobrażać sobie, co stanie się jutro w Sulaco. Jutro, czyli raczej dzisiaj, bo miało się już ku świtaniu, Sotillo dowie się, w jaki sposób wywieziono skarb. Cała gromada cargadorów przenosiła sztaby z magazynów Urzędu Celnego na drezynę i ciągnęła tę drezynę na nabrzeże. Nastąpią aresztowania i na pewno już przed południem Sotillo będzie wiedział, w jaki sposób zniknęło srebro z Sulaco i kto był sprawcą tego zniknięcia.
Nostromo zamierzał popłynąć wprost do portu, ale tknięty tą myślą, nagłym zwrotem steru pchnął lichtugę przeciw wiatrowi i powściągnął jej szybki bieg. Powrót capataza tą samą łodzią wzbudziłby podejrzenia, wywołałby domysły, naprowadziłby Sotilla na trop. Aresztowano by go, a gdyby się znalazł w calabozo220, nie wiadomo, co by zrobili, żeby wymusić na nim zeznania. Polegał na sobie, ale powstał i rozejrzał się dokoła. Opodal wyzierała gładka jak stół, biała powierzchnia Hermozy, dokoła której pląsały wzdęte powiewem fale, zalewając z szumem jej brzegi. Lichtugę trzeba było natychmiast zatopić.
Pozwolił jej dryfować z żaglem skierowanym ku tyłowi masztu. Wewnątrz było sporo już wody. Pozwolił łodzi zbliżyć się do wejścia do portu, po czym, wypuściwszy ster z dłoni, przykucnął i zaczął obluzowywać czop. Wystarczyło było go wyjąć, a lichtuga zaraz napełniłaby się wodą, zaś mały żelazny balast, w który zaopatrzona była każda lichtuga, pociągnąłby ją na dno. Gdy znowu się podniósł, szum fal wokół Hermozy zdawał się dolatywać z daleka i niemal już ucichł. Mógł już rozróżnić zarys wybrzeża u wejścia do portu. Porywał się na czyn rozpaczliwy, ale był dobrym pływakiem. Jedna mila była dla niego niczym, a znał dogodne miejsce do wylądowania, poniżej wałów starego, opuszczonego fortu. Z dziwną natarczywością narzuciła się mu myśl, że fort będzie odpowiednim miejscem i że będzie można w nim przespać cały dzień po tylu bezsennych nocach.
Jednym uderzeniem steru, który w tym celu zdjął z zawiasów, wybił czop, ale nie zadał sobie trudu, by spuścić żagiel. Poczuł, że woda kłębi mu się mocno dokoła nóg, zanim skoczył do relingu. W samej koszuli i spodniach stał tam i czekał, nieruchomy i wyprostowany. Kiedy zaś statek zaczął zagłębiać się pod nim, rzucił się naprzód dalekim skokiem, wpadając w morze z potężnym pluskiem.
Natychmiast odwrócił głowę. W mgławym brzasku, który świtał zza gór, dostrzegł na gładkiej powierzchni wody górny kraniec żagla, ciemny, mokry trójkąt płótna, unoszony przez fale. Widział, jak zniknął, jakby wciągnięty w głąb, i podążył wpław w stronę wybrzeża.
Część trzecia. Latarnia morska
Rozdział I
Gdy tylko lichtuga odbiła od brzegu i zniknęła w ciemnościach przystani, Europejczycy z Sulaco rozeszli się, by przygotować się na przyjęcie regime’u monterystowskiego, który nadciągał ku miastu i od gór, i od morza.
Odrobina trudu, jaką zadali sobie przy ładowaniu srebra, była ich ostatnią umówioną czynnością. Stanowiła ona zakończenie trzydniowego okresu pełnego niebezpieczeństw, podczas którego, jak głosiły dzienniki europejskie, ich energia ocaliła miasto od klęsk wywołanych zaburzeniami ulicznymi. U skraju pomostu kapitan Mitchell pożegnał ich życzeniem dobrej nocy i powrócił na ląd. Miał zamiar przechadzać się po drewnianym pomoście nabrzeża aż do chwili, kiedy nadpłynie statek z Esmeraldy. Inżynierowie ze sztabu kolejowego zabrali swych włoskich i baskijskich robotników i odprowadzili ich do zabudowań kolejowych, pozostawiając otwarty na cztery wiatry gmach Urzędu Celnego, którego broniono tak dzielnie pierwszego dnia rozruchów. Podwładni ich sprawowali się mężnie i wiernie podczas słynnych „trzech dni” w Sulaco. Ich wierność i męstwo przejawiły się w znacznej mierze raczej w obronie własnej niż w służbie interesów materialnych, którym poświęcił się Charles Gould. Wśród okrzyków, które rozlegały się z ust motłochu, bodaj najgłośniej huczała groźba zwiastująca śmierć cudzoziemcom. Było to, zaiste, nader pomyślną okolicznością dla Sulaco, iż stosunki między tymi przywiezionymi zza morza robotnikami a ludnością miejscową od samego początku były jednako złe.