Nostromo wyczuł ironiczny ton.

— Ośmielę się powiedzieć, don Martinie — rzekł ponuro — że niewiele jest rzeczy, którym bym nie podołał. Niech pan spyta tych signori cudzoziemskich. Jestem człowiekiem z ludu, który nie zawsze rozumie, co pan ma na myśli. Ale jeżeli chodzi o ten skarb, który tu pozostanie beze mnie, to proszę pozwolić sobie powiedzieć, że byłbym dużo spokojniejszy, gdyby pana wcale ze mną nie było.

Okrzyk wyrwał się z ust Decouda, po czym nastąpiła chwila milczenia.

— Czy mam z panem powrócić do Sulaco? — zapytał gniewnym tonem.

— Czy mam pana położyć trupem na miejscu? — ofuknął go Nostromo pogardliwie. — Byłoby to samo, co zabrać pana do Sulaco. Niech pan się opamięta! Pańskie dobre imię związane jest z polityką, a moje z losem tego srebra. Czemu pan się dziwi, iż wolałbym, żeby prócz mnie nikt o nim nie wiedział? Nie trzeba mi było nikogo!

— Beze mnie nie utrzymałby pan lichtugi na powierzchni — wrzasnął niemal Decoud. — Byłby pan poszedł wraz z nią na dno!

— Zapewne — wycedził Nostromo z wolna — ale sam.

„Oto człowiek — pomyślał sobie Decoud — który, jak się zdaje, wolałby raczej skonać niż zniweczyć doskonałą formę swego egoizmu”. Taki człowiek nie zawiedzie. Milcząc, dopomógł capatazowi wciągnąć kotwicę na pokład. Nostromo odbił od pochyłego brzegu jednym pchnięciem ciężkiego wiosła, a Decoud pozostał na wyspie sam, jak człowiek pogrążony we śnie. Nagle serce ścisnęło mu się pragnieniem usłyszenia jeszcze raz ludzkiego głosu. Lichtuga ledwie odcinała się od czarnej toni, na której się unosiła.

— Jak panu się zdaje, co stało się z Hirschem? — krzyknął.

— Przeleciał przez burtę i utonął — odpowiedział bez wahania głos Nostroma z czarnych bezmiarów nieba i morza, rozpościerających się dokoła wysepki. — Niech pan nie opuszcza wąwozu, señor! Postaram się odwiedzić pana najbliższej nocy lub następnej.