Lichtuga, uwolniona od drogocennego ładunku, kołysała się lekko, na wpół wynurzona z wody, z dziobem na piasku. Długa lina, rozpięta na smudze białej plaży jak pasmo czarnej bawełny, kończyła się małą kotwicą, którą Nostromo wyciągnął na ląd i zahaczył o pień jakiegoś rosochatego krzewu rosnącego u wylotu wąwozu.
Decoudowi nie pozostawało inne wyjście jak pozostać na wyspie. Otrzymał z rąk Nostroma całe zapasy żywności, jaka dzięki przezorności kapitana Mitchella znalazła się na lichtudze. Złożył je tymczasem w niewielkiej łódeczce, którą zdążyli już wyciągnąć na ląd i ukryć wśród chaszczy. Miał ją zatrzymać dla siebie. Wyspa miała być kryjówką, nie więzieniem; mógł dopłynąć na przepływający okręt. Statki pocztowe T.O.Ż.P., podążając z północy do Sulaco, przepływały tuż obok wyspy. Jednak „Minerwa”, która zabrała na pokład byłego prezydenta, zawiozła na północ również nowiny o rozruchach w Sulaco. Możliwe, iż najbliższy następny parowiec płynący na południe otrzyma rozkaz, by ominąć ten port, bowiem oficerowie „Minerwy” wiedzieli, iż miasto zostało opanowane przez motłoch. To oznaczało, że przez miesiąc mogło nie być parowca, przynajmniej parowca pocztowego. Ale Decoud z tą możliwością musiał się pogodzić. Wyspa była dla niego jedynym schronieniem przed proskrypcją219, która zawisła nad jego głową. Capataz oczywiście wracał. Nieobciążona lichtuga przeciekała znacznie mniej, więc miał nadzieję, że zdoła nią dopłynąć do portu.
Stojąc po kolana w wodzie, podał Decoudowi jedną z dwóch łopat, należących do wyposażenia każdej lichtugi i służących do rozmieszczania balastu wewnątrz łodzi. Pracując umiejętnie tą łopatą, gdy tylko się rozwidni, Decoud miał obsunąć zwał ziemi i kamieni zawieszony nad zagłębieniem, w którym złożyli skarby, w ten sposób, żeby wydawało się, że spadł pociągnięty własnym ciężarem. Zasypałby nie tylko zagłębienie, ale także ślady ich kroków, ich pracy, przesunięte kamienie, a nawet połamane krzewy.
— Zresztą czy komuś przyjdzie do głowy szukać tutaj pana albo tych skarbów? — gawędził dalej Nostromo, jak gdyby nie mógł rozstać się z tym miejscem. — Nikt tu nie lubi zaglądać. Bo i komuż jest potrzebny ten spłacheć ziemi, dopóki ma się stały ląd pod nogami? Tutejsi ludzie nie są ciekawi. Nie ma tu nawet rybaków, którzy by mogli się panu naprzykrzać. W tej zatoce ryby poławia się tylko tam dalej, w pobliżu Zapigi. Señor, gdyby pan musiał opuścić tę wyspę, zanim zdąży się panu przyjść z pomocą, niech pan się wystrzega Zapigi. To gniazdo złodziei i matreros, którzy od razu poderżnęliby panu gardło dla zegarka i złotego łańcuszka. I radzę, niech pan dwa razy pomyśli, zanim pan komukolwiek zaufa. Jeżeli się pan dostanie na pokład któregoś z parowców Towarzystwa, to lepiej mieć się na baczności nawet przed oficerami. Sama tylko uczciwość nie jest jeszcze rękojmią bezpieczeństwa. Trzeba szukać w ludziach dyskrecji i roztropności. I niech pan pamięta, zanim zdarzy się panu otworzyć usta do zwierzeń, iż ten skarb może tu bezpiecznie leżeć przez setki lat. Czas jest po jego stronie, señor. A srebro to metal, który się nie psuje i zachowuje swą wartość na wieki... To metal, który się nie psuje — powtórzył, jak gdyby ta myśl sprawiała mu wielką przyjemność.
— Mówi się podobnie o niektórych ludziach — odezwał się Decoud zagadkowo do capataza, który wyczerpywał wodę z lichtugi drewnianym wiaderkiem i wylewał ją do morza z miarowym pluskiem. Decoud, niepoprawny w swym sceptycyzmie, doszedł do wniosku, bez cynizmu, lecz ze szczerym zadowoleniem, że ten człowiek ustrzegł się zepsucia dzięki swej niezmiernej próżności, tej najsubtelniejszej odmianie egoizmu, która może przybrać wygląd każdej cnoty.
Nostromo przestał czerpać i, jakby tknięty nagłą myślą, rzucił z hałasem wiaderko na dno lichtugi.
— Czy nie ma pan jakichś poleceń? — zagadnął cichszym głosem. — Proszę pamiętać, że będą mi zadawać pytania.
— Trzeba będzie obmyślić coś pocieszającego dla znajomych w mieście. Ufam pańskiej inteligencji i pańskiemu doświadczeniu, capatazie. Rozumie mnie pan?
— Si, señor... Dla pań.
— Tak, tak — rzekł Decoud śpiesznie. — Dzięki pańskiej nieporównanej opinii te słowa będą miały dla nich wielkie znaczenie, proszę zatem uważać na to, co pan powie. Spodziewam się — mówił dalej, doznając fatalnego przypływu pogardy do siebie samego, której poddawała się jego skomplikowana natura — podziewam się chwalebnego i pomyślnego zakończenia swego posłannictwa. Słyszy pan, capatazie? Mówiąc do señority, niech pan użyje słów: „chwalebny i pomyślny”. Ze swojego zadania wywiązał się pan znakomicie i pomyślnie. Nie ulega wątpliwości, iż ocalił pan srebro kopalni. Nie tylko to srebro, ale prawdopodobnie całe srebro, które kiedykolwiek zostanie z niej wydobyte.