Tymczasem parowiec podążał dalej do Sulaco, gdzie prawda ostatecznie musiała wyjść na jaw. Decoud i Nostromo słyszeli, jak głośne zrazu burczenie przycichało i w końcu umilkło. Nie tracąc na próżno słów, skierowali lichtugę na Izabele. Ostatni deszcz przyniósł ze sobą łagodny, lecz stały powiew. Niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło i nie było czasu na gadanie. Łódź była podziurawiona jak sito. Taplali się co krok w wodzie. Capataz wetknął Decoudowi w garść rączkę pompy przymocowanej do bocznej ściany rufy i od razu, bez żadnych pytań ani uwag, Decoud zaczął pompować, zapomniawszy doszczętnie o wszelkich pragnieniach i myśląc tylko o ocaleniu skarbu. Nostromo podciągnął żagiel, pobiegł do steru i szarpnął liną jak szalony. Przelotny rozbłysk zapałki (nie zamokły w szczelnym, blaszanym pudełku, chociaż ich właściciel był zupełnie mokry), ostry rozbłysk zapałki ukazał pracującemu Decoudowi napięcie na twarzy towarzysza, pochylonej nad skrzynką z kompasem, i baczne spojrzenie jego oczu. Wiedział już, gdzie jest, i miał nadzieję doprowadzić tonącą lichtugę do płytkiej zatoczki na krańcu Wielkiej Izabeli, gdzie głęboki, zarośnięty chaszczami wąwóz rozszczepia na dwie równe części wysokie, urwiste brzegi.
Decoud pracował bez przerwy. Nostromo sterował, nie tracąc ani na chwilę wyrazu wytężenia swych szukających oczu. Zajęci pracą, obaj byli najzupełniej samotni. Nie przyszło im na myśl, by do siebie przemówić. Nie mieli ze sobą nic wspólnego prócz przeświadczenia, iż uszkodzona lichtuga z wolna, lecz niechybnie tonie. Przeświadczenie to, które było niby kamień probierczy ich pragnień, uczyniło ich zupełnie obcymi sobie, jak gdyby już podczas wstrząsu wywołanego zderzeniem uświadomili sobie, iż utrata lichtugi dla każdego z nich będzie miała odmienne znaczenie. Wspólne niebezpieczeństwo z cała jasnością uwidoczniło w ich osobistych odczuciach różnice między ich zamiarami, poglądami, charakterami i stanowiskami. Nie łączyły ich więzi przekonań, nie kojarzyła wspólna idea. Byli dwoma awanturnikami, z których każdy szukał swej własnej przygody i los tylko uwikłał ich w tę samą ostateczność śmiertelnego niebezpieczeństwa. Dlatego nie mieli sobie nic do powiedzenia. Ale to niebezpieczeństwo, ta jedyna wspólna dla nich obu bezsporna prawda oddziaływała jak natchnienie na ich władze cielesne i duchowe.
Było to, zaiste, niemal cudem, iż capataz zdołał dotrzeć do zatoczki, nie mając innego przewodnika prócz mglistych zarysów wyspy oraz mdłego majaczenia niewielkiej smugi piasku. Lichtuga przybiła do brzegu w miejscu, gdzie między urwiskami zieje rozpadlina, a nikły, płytki strumyk wije się wśród chaszczy, by zatracić się w morzu. Obaj mężczyźni z milczącą, nieposkromioną energią zaczęli wyładowywać drogocenną zawartość łodzi, nosząc po jednej skrzynie z wołowej skóry przez chaszcze w górę łożyska strumyka do zagłębienia, powstałego pod korzeniami wielkiego drzewa wskutek obsunięcia się ziemi. Potężny, gładki pień pochylał się niby upadająca kolumna nad strużką wody, która sączyła się wśród rzadko wystających kamieni.
Kilka lat temu Nostromo spędził samotnie całą niedzielę, przetrząsając tę wyspę. Opowiedział o tym Decoudowi, gdy ukończyli pracę i siedzieli śmiertelnie znużeni, zwiesiwszy nogi z niewielkiego wzgórka i oparłszy się plecami o drzewo niby para ślepców, którzy dostrzegają siebie i swe otoczenie dzięki jakiemuś nieokreślonemu, szóstemu zmysłowi.
— Tak — powtórzył Nostromo — nigdy nie zapominam miejsca, które raz dokładnie obejrzałem.
Mówił powoli, niemal opieszale, jak gdyby miał przed sobą długie, beztroskie życie, a nie dwie skąpe godziny, które pozostały jeszcze do świtu. Istnienie skarbu, ledwie ukrytego na tym nieprawdopodobnym miejscu, nakładało brzemię tajemniczości na każdy rozważny krok, na wszelkie zamysły i zamierzenia przyszłego postępowania. Czuł, iż częściowe niepowodzenie jego rozpaczliwej wyprawy pozwalało mu się spodziewać wielkiego rozgłosu, który w wiadomy sobie sposób postanowił wyzyskać. Było to zresztą także częściowe powodzenie. Jego próżność została w połowie zaspokojona, rozdrażnienie nerwów uśmierzyło się.
— Nigdy nie wiadomo, co może wyjść człowiekowi na dobre — mówił dalej z właściwym sobie spokojem w głosie i zachowaniu. Spędziłem całą nędzną niedzielę, badając ten skrawek lądu.
— Zaiste, zajęcie godne mizantropa217 — mruknął Decoud zjadliwie. — Pewno nie miał pan pieniędzy na grę i na uganianie się za dziewczętami w swych zwykłych przybytkach.
— E vero!218 — zawołał capataz, tak zdumiony tą przenikliwością, że odezwał się w ojczystym języku. — Istotnie, nie miałem. Dlatego nie chciałem pójść między tę hołotę, która nawykła do mojej hojności. Wymagano jej od capataza cargadorów, którzy są bogaczami i mają opinię caballeros wśród pospólstwa. Grywam w karty tylko dla zabicia czasu, a co do dziewcząt, które chwalą się, że otwierały drzwi na moje pukanie, to wie pan, nie spojrzałbym na żadną dwa razy, gdyby nie chodziło mi o to, co gadają ludzie. Dziwni są ci ludzie z Sulaco. Nieraz dowiadywałem się różnych ważnych rzeczy, słuchając cierpliwie kobiet, o których wszyscy myśleli, że się w nich kocham. Biedna Teresa nie mogła tego nigdy zrozumieć. Otóż tej właśnie niedzieli dopiekła mi tak, że uciekłem z domu i poprzysiągłem sobie, iż przestąpię jego próg jeszcze tylko raz, po to, żeby zabrać swój hamak i skrzynkę z odzieżą. Señor, nie ma bodaj niczego gorszego niż kiedy kobieta, którą się szanuje, kpi w oczy człowiekowi z jego dobrego imienia, a on nie ma ani złamanego grosza w kieszeni. Odwiązałem łódkę i wypłynąłem z portu, mając przy sobie tylko trzy cygara, które miały być jedynym moim pokrzepieniem na tej wyspie. Ale okazało się, że woda tego potoku, szemrzącego pod pańskimi stopami, jest zimna i słodka i daje się pić zarówno przed paleniem, jak po paleniu. — Umilkł na chwilę, po czym dodał zamyślony: — Było to w tydzień po tym, jak przeprowadziłem przez góry tego białobrodego angielskiego rica, całą drogę w dół od Paramo na przełęczy Entrady, i to jeszcze w powozie. Jak świat światem nigdy przedtem powóz nie przejechał przez te góry i dopiero ja przeprowadziłem go, mając do pomocy pięćdziesięciu peonów, którzy jak jeden człowiek pracowali linami, oskardami i kołami pod moim kierownictwem. To był ten bogaty Anglik, o którym ludzie opowiadają, że łoży na budowę kolei. Był bardzo ze mnie zadowolony. Ale zapłatę otrzymałem dopiero z końcem miesiąca.
Zsunął się nagle ze wzgórza. Decoud usłyszał pluskanie jego stóp w potoku i podążył za nim w dół wąwozu. Jego postać znikła wśród krzaków i ukazała się dopiero na piaszczystej wydmie pod urwiskiem. Nie miało się jeszcze ku świtaniu, ale ciemność rozrzedziła się mocno nad ranem, jak to niejednokrotnie bywa w tej zatoce, gdy wczesną nocą padają częste i rzęsiste deszcze.