Deszcz zaczął znowu padać; zrazu mżył tylko mokrą mgłą, potem zaczął siąpić raźniej, gęstniejąc w rzęsistą jak z cebra ulewę. Łomot i syk nadpływającego parowca rozlegał się coraz bliżej. Decoud, z pochyloną głową i oczami pełnymi wody, właśnie zadawał sobie pytanie, kiedy okręt wreszcie ich minie, gdy niespodziewanie poczuł, że łódź raptownie przechyla się na bok. Rozprysk piany wtargnął z szumem na rufę, jednocześnie zatrzeszczały wiązania i dał się odczuć silny wstrząs. Miał wrażenie, iż jakaś gniewna ręka porwała lichtugę i ciągnie ku zgubie. Przewrócił się od wstrząsu i potoczył na dno łodzi pełne wody. Wszystko wokół się kotłowało. Dziwny, zdumiony głos wrzasnął coś nad nim wśród nocy. Usłyszał przeraźliwe skomlenie o pomoc señora Hirscha. Przez cały czas zaciskał mocno szczęki. To było zderzenie!

Parowiec uderzył w lichtugę z ukosa, przechyliwszy ją tak, iż zanurzyła się do połowy pod wodę, uszkodził jej kadłub i jednym zamachem wykręcił ją przodem równolegle do własnego biegu. Na pokładzie okrętu wstrząs nie dał się prawie odczuć. Cała siła zderzenia dała się we znaki, jak to zwykle bywa, tylko mniejszej jednostce. Nawet Nostromo pomyślał, że to zapewne koniec jego rozpaczliwej wyprawy. Jego również odrzuciło od długiego steru, który wyrwał mu się z rąk podczas raptownego przechyłu. Za chwilę parowiec przemknąłby dalej, zostawiając za sobą tonącą lub utrzymującą się na wodzie lichtugę. Zepchnął ją po prostu z swej drogi tak szybko, iż nie zauważył nawet jej kształtu. Ponieważ jednak zanurzał się głęboko pod ciężarem zapasów i mnóstwa ludzi, kotwica zwisała tak nisko, że zaplątała się w jedną ze stalowych lin masztu lichtugi. Lina była nowa i opierała się przez chwilę temu nagłemu targnięciu. To dlatego Decoud doznał wrażenia szarpnięcia, ciągnącego łódź ku zgubie. O tej przyczynie oczywiście nie wiedział. Wszystko stało się tak nagle, iż nie miał czasu na myślenie. Ale odczuwał wszystko zupełnie jasno. Zachował całkowite panowanie nad sobą; z zadowoleniem zdawał sobie sprawę z swego spokoju nawet w tej chwili, kiedy przewaliwszy się na głowę przez poprzeczną belkę, tarzał się na plecach w głębokiej wodzie na dnie łodzi. Usłyszał i rozpoznał krzyk señora Hirscha, kiedy zaś podźwignął się na nogi, wciąż jeszcze doznawał tajemniczego wrażenia, iż coś wlecze ich na złamanie karku w ciemność. Nie krzyknął, nie odezwał się ani słowem, nie miał czasu, by dojrzeć cokolwiek. Po rozpaczliwym okrzyku o pomoc szarpanie ustało tak nagle, iż zatoczył się przed siebie z rozpostartymi ramionami i upadł na stos skrzynek ze srebrem. Uczepił się ich instynktownie z niejasną obawą, iż może zostać odrzucony na nowo. Natychmiast usłyszał znów wołanie o pomoc, rozpaczliwe i przeciągłe, jednak nie w pobliżu, ale w jakiejś nieokreślonej odległości, gdzieś z dala od lichtugi, jak gdyby jakiś duch przedrzeźniał wśród nocy przerażenie i rozpacz señora Hirscha.

Potem wszystko ucichło, nastała taka cisza, jak kiedy ktoś budzi się w swoim łóżku, w ciemnym pokoju, z dziwacznego i niespokojnego snu. Lichtuga kołysała się lekko, deszcz jeszcze padał. Dwie macające ręce chwyciły go od tyłu, za potłuczone boki, a głos capataza szepnął mu do ucha:

— Cicho, jeśli panu życie miłe! Cicho! Parowiec się zatrzymał.

Decoud nadsłuchiwał. W zatoce zalegała głucha cisza. Poczuł, że woda sięga mu prawie po kolana.

— Czy toniemy? — zapytał niemal niedosłyszalnie.

— Nie wiem — szepnął Nostromo od tyłu. — Señor, ani pary z ust!

Hirsch, od kiedy Nostromo kazał mu pójść na przód łodzi, nie wrócił do swej pierwotnej kryjówki. Upadł w pobliżu masztu i nie miał sił, by się podnieść, co więcej, bał się poruszyć. Leżał jak martwy, ale bez żadnego racjonalnego powodu. Uległ po prostu okrutnemu i zatrważającemu uczuciu. Ilekroć pomyślał, co się z nim stanie, zaczynały mu szczękać zęby. Był tak pochłonięty ostateczną nędzą swego strachu, iż nie zwracał na nic uwagi.

Chociaż niemal dusił się pod żaglem, który Nostromo bezwiednie spuścił wprost na niego, nie śmiał nawet wychylić głowy aż do chwili, kiedy nastąpiło zderzenie z parowcem. Zerwał się wówczas na równe nogi, przynaglony do nowych cudów tężyzny fizycznej tym nowym rodzajem niebezpieczeństwa. Wtargnięcie wody, wywołane przechyleniem statku, rozwiązało mu język. Jego okrzyk: „Ratujcie!” był pierwszą wyraźną oznaką zderzenia dla ludzi znajdujących się na pokładzie parowca. Zaraz potem zerwała się stalowa lina i uwolniona kotwica zakołysała się nad przednim pokładem lichtugi. W pewnej chwili znalazła się tuż przed piersią señora Hirscha, który nie wiedząc wcale, co to jest, uchwycił się jej i oplótł trzon rękami i nogami ponad jej ramionami z nieprzezwyciężoną, zapamiętałą uporczywością. Lichtuga szarpnęła się i odsunęła, a parowiec, płynąc naprzód, porwał go ze sobą, uczepionego ze wszystkich sił i wrzeszczącego o pomoc. W końcu kilku ludzi przechyliło się przez burtę i wyciągnęło go na pokład. Powleczono go od razu przed Sotilla. Przesłuchanie potwierdziło ich wrażenie, iż najechali na jakąś łódź, która zatonęła, niepodobna jednak było w tak ciemną noc szukać dowodów w postaci pływających szczątków. Sotillo jeszcze goręcej zapragnął dotrzeć do portu bez straty czasu. Nie chciał pogodzić się z myślą, iż przyprawił o zgubę główny przedmiot i cel swojej wyprawy, gdyż myśl ta była nie do zniesienia. To uczucie sprawiło, że usłyszana historia wydała się mu jeszcze bardziej nieprawdopodobna. Señora Hirscha, którego poturbowano nieco, gdyż łgał jak najęty, zamknięto w kajucie służbowej. Ale obito go tylko lekko. Jego opowieść pozbawiła ducha sztab Sotilla, chociaż wszyscy powtarzali za swym przełożonym: „Niemożliwe! Niemożliwe!”, prócz starego majora, który triumfował posępnie.

— A mówiłem wam, mówiłem wam! — zrzędził. — Każdą zdradę, każdą diablerię wywącham zawsze na milę.