— Si, ostrożnie, si, niña — mruknął, przygryzając usta. Jego krągłe policzki drżały.
Powóz powoli wyjechał z kręgu światła.
— Odprowadzę ich do brodu na rzece — powiedział Charles Gould do żony.
Stała na skraju chodnika z lekko splecionymi rękami i żegnała odjeżdżającego skinieniem głowy. W oknach klubu „Amarilla” było ciemno. Wygasła ostatnia iskra oporu. Charles Gould odwrócił głowę na zakręcie i zobaczył, jak przez oświetloną smugę ulicy jego żona przechodzi do bramy swego domu. Ich sąsiad, powszechnie znany kupiec i obywatel ziemski, szedł obok niej i mówił, gestykulując rękami. Gdy weszła do bramy, wszystkie światła zgasły, a na ulicy zaległa ciemność i pustka.
Domy rozległej plaza niknęły w ciemności nocy. Wysoko w górze, jak gwiazda, migotało nikłe światełko na jednej z wież katedralnych. Konny posąg odbijał się blado od tła czarnych drzew alamedy jak upiór królewskości zabłąkany w odmęt rewolucji. Nieliczni włóczędzy, których napotykali po drodze, odsuwali się pod ściany domów. Minąwszy ostatnie kamienice, powóz potoczył się bezszelestnie po miękkim podłożu kurzu i razem z większą ciemnością odczuwało się jakby jakąś świeżość, która zdawała się spływać z liści drzew obrzeżających polną drogę. Wysłannik z obozu Hernandeza zbliżył swojego konia do konia Charlesa Goulda.
— Caballero — odezwał się z nutą zaciekawienia w głosie — czy pan jest tym, którego ludzie nazywają królem Sulaco, panem kopalni? Chciałbym wiedzieć...
— Tak, jestem panem kopalni — odpowiedział Charles Gould.
Jeździec kłusował czas jakiś w milczeniu, po czym rzekł:
— Mam brata w pańskiej służbie, serena, w dolinie San Tomé. Dowiódł pan, że jest pan sprawiedliwym człowiekiem. Nikomu z ludzi, których wezwał pan do pracy w górach, nie stała się krzywda. Mój brat powiada, że żaden urzędnik rządowy, żaden gnębiciel Campo nie pokazał się jeszcze po pańskiej stronie rzeki. Pańscy urzędnicy nie uciskają ludzi pracujących w wąwozie. Zapewne lękają się pańskiej surowości. Jest pan sprawiedliwym człowiekiem i potężnym — dodał.
Mówił urywanym, niezależnym tonem, ale widocznie do czegoś zmierzał w tej rozmowie. Opowiedział Charlesowi Gouldowi, iż był rancherem w jednej z nisko położonych dolin, daleko na południu, sąsiadem Hernandeza za dawnych czasów i ojcem chrzestnym jego najstarszego syna. Był jednym z tych, którzy stanęli po jego stronie, gdy stawiał opór poborowi rekruta, i to było początkiem wszystkich ich nieszczęść. Kiedy uprowadzono przemocą jego compadre233, on pochował jego żonę i dzieci, zamordowane przez żołnierzy.