Starania podejmowane przez ojca Corbelana w sprawie najpobożniejszego z opryszków nie pozostały całkiem bezowocne. Szef polityczny Sulaco uległ w ostatniej chwili usilnym naleganiom księdza i podpisał tymczasową nominację mianującą Hernandeza generałem i polecającą mu urzędowo z tytułu tej nowej godności, by przestrzegał porządku w mieście. Sprawa przedstawiała się tak, iż szef polityczny, widząc, że wszystko stracone, nie dbał o to, co podpisuje. Był to ostatni urzędowy dokument, który podpisał przed opuszczeniem pałacu Intendencji i ucieczką do biur T.O.Ż.P. Ale nawet gdyby kładł swój podpis pod tym aktem z pełnym przekonaniem, było już za późno. Rozruchy, których oczekiwał i których się obawiał, wybuchły w niespełna godzinę po jego rozstaniu się z ojcem Corbelanem. Ojciec Corbelan, który miał spotkać się z Nostromem w klasztorze dominikańskim, gdzie zajmował celę, nie zdołał dotrzeć na umówione miejsce. Z Intendencji poszedł prosto do domu Avellanosa, by przekazać wiadomość szwagrowi, i został odcięty od swego ascetycznego ustronia. Nostromo czekał tam przez jakiś czas, śledząc z niepokojem wzmagający się zamęt na ulicach, po czym poszedł do redakcji „Porveniru” i pozostał tam do świtu, jak o tym wspomniał Decoud w liście do swej siostry. W ten sposób capataz, zamiast pojechać konno do lasów Los Hatos i doręczyć Hernandezowi nominację, pozostał w mieście, by ocalić życie prezydenta-dyktatora, wziąć udział w stłumieniu rozruchów motłochu i odpłynąć w końcu ze srebrem na wody zatoki.
Jednak ojciec Corbelan, uciekając do Hernandeza, miał dokument w kieszeni, oficjalne pismo przeobrażające bandytę w generała pamiętny, ostatni oficjalny akt stronnictwa ribierzystów, którego hasłami była uczciwość, pokój i postęp. Ani ksiądz, ani bandyta nie zauważyli prawdopodobnie ironii tego faktu. Ojciec Corbelan zdołał widocznie znaleźć ludzi, którzy się podjęli poselstwa do miasta, gdzie już o świcie drugiego dnia rozruchów gruchnęły wieści, iż Hernandez czatuje na drodze do Los Hatos i gotów jest przyjąć uchodźców, którzy oddadzą się mu pod opiekę. Jakiś śmiały, niemłody, dziwnie wyglądający jeździec pojawił się w mieście i jadąc z wolna, przyglądał się domom, jak gdyby po raz pierwszy widział tak wysokie budynki. Przed katedrą zsiadł z konia, ukląkł na środku plaza, przewiesił sobie wodze przez ramię, kapelusz położył przed sobą na ziemi, pochylił nisko głowę, przeżegnał się i uderzył się kilkakrotnie pięścią w piersi. Wsiadłszy znów na konia, powiódł nieulęknionym, lecz przychylnym spojrzeniem po gromadce ludzi, którzy zbiegli się na widok jego publicznej pobożności, po czym zapytał o Casa Avellanos. Ze dwadzieścia rąk wyciągnęło się w odpowiedzi, wskazując palcami w kierunku Calle de la Constitucion.
Jeździec odjechał, zerknąwszy ciekawie w stronę okien klubu „Amarilla”, który wznosił się na rogu ulicy. Jego stentorowy głos231 co chwila rozbrzmiewał w opustoszałej ulicy: „Gdzie jest Casa Avellanos?”, aż wreszcie otrzymał odpowiedź od wystraszonego odźwiernego i znikł pod sklepieniem bramy. List, który przywiózł, pisany przez ojca Corbelana ołówkiem przy ognisku obozowym Hernandeza, miał być doręczony don Josému, o którego krytycznym stanie zdrowia ksiądz nic nie wiedział. Antonia przeczytała go i zasięgnąwszy rady Charlesa Goulda, przesłała go do wiadomości panów, którzy tworzyli załogę klubu „Amarilla”. Wiedziała, co robić. Zamierzała się udać do swojego wuja, ostatnie dni, a może nawet ostatnie godziny życia swego ojca powierzyć opiece bandyty, którego istnienie było protestem przeciwko nieodpowiedzialnej tyranii wszystkich po równi stronnictw, przeciwko moralnej ciemnocie kraju. Wolała od tego mroki lasów Los Hatos, mniej było poniżające twarde życie wśród szajki rozbójników. Antonia całą duszą sprzyjała upartej zaciekłości, z jaką jej wuj stawiał czoło nieszczęściu. Wynikało to u niej z wiary w człowieka, którego kochała.
W swoim liście wikariusz generalny poręczał własną głową za wierność Hernandeza. Pisząc o jego potędze, zwracał uwagę, iż przez wiele lat nie zdołano go poskromić. W liście tym wysunięta przez Decouda idea nowego Zachodniego Państwa (którego kwitnący i uporządkowany stan jest powszechnie obecnie znany) po raz pierwszy została podana do wiadomości publicznej i przytoczona jako argument. Hernandez, były bandyta i ostatni generał mianowany przez ribierzystów, miał rzekomo dość sił, by utrzymać połać kraju między lasami Los Hatos a pasem wybrzeża, aż do chwili, kiedy ofiarny patriota, don Martin Decoud, sprowadzi generała Barriosa z powrotem do Sulaco i odzyska miasto.
„Taka jest wola nieba. Opatrzność jest po naszej stronie” — pisał ojciec Corbelan. Nie było czasu zastanawiać się nad jego stwierdzeniami, a tym mniej na ich kwestionowanie. Toteż dyskusja, która się wszczęła w klubie „Amarilla” po przeczytaniu listu, była wprawdzie ożywiona, lecz niedługa. W ogólnym zamieszaniu wywołanym klęską jedni przyjęli ten pomysł z radosnym zdumieniem, niby zdumiewające objawienie nowej nadziei. Inni byli zachwyceni obietnicą natychmiastowego bezpieczeństwa swoich żon i dzieci. Większość uchwyciła się tej myśli, jak tonący chwyta się źdźbła. Ojciec Corbelan nieoczekiwanie ofiarował im schronienie przed Pedritem Monterem z jego llaneros, do których miała przyłączyć się uzbrojona hołota señorów Fuentesa i Gamacha.
Reszta popołudnia zeszła na ożywionej dyskusji w wielkich salach klubu „Amarilla”. Nawet ci członkowie, których ustawiono przy oknach z strzelbami i karabinami, by strzegli wylotu ulicy przed ponownym zbrojnym najściem motłochu, wykrzykiwali przez ramię swoje argumenty i poglądy. Gdy zapadł zmierzch, don Juste Lopez poprosił zwolenników swoich przekonań, by wyszli z nim na korytarz i tam przy małym stoliku, na którym paliły się dwie świece, zajął się redagowaniem adresu232, czy raczej uroczystej deklaracji. Pedrito Montero miał ją otrzymać z rąk tych członków Zgromadzenia Prowincjonalnego, którzy z wyboru pozostaną w mieście. Chodziło o to, by go ułagodzić i nakłonić do zachowania przynajmniej form instytucji parlamentarnych. Siedząc nad białym arkuszem papieru z gęsim piórem w ręce, don Lopez, otoczony ze wszystkich stron, zwracał się na prawo i lewo i powtarzał z uroczystą usilnością:
— Caballeros, proszę o chwilę spokoju! Chwilę spokoju! Musimy jasno przekazać, że w dobrze wierze godzimy się z faktami dokonanymi.
Wypowiadał te słowa jakby z wyrazem melancholijnego zadowolenia. Gwar dokoła niego nasilał się, głosy stawały się ochrypłe. W nagłych przerwach podniecone twarze pogrążały się od razu w cichości głębokiego przygnębienia.
Tymczasem rozpoczęła się ucieczka. Wypełnione kobietami i dziećmi karety przejeżdżały, kołysząc się, przez plaza, obok nich pieszo lub konno podążali mężczyźni. Za nimi jechali inni na koniach i mułach. Najubożsi szli pieszo. Mężczyźni i kobiety nieśli węzełki, piastowali w ramionach niemowlęta, prowadzili starców, wlekli za sobą doroślejsze dzieci. Gdy Charles Gould, pożegnawszy się z doktorem i inżynierem u drzwi Casa Viola, wjeżdżał przez bramę do miasta, wszyscy, którzy zamierzali wywędrować, odjechali, zaś inni zabarykadowali się w swych domach. Na ciemnej ulicy tylko w jednym miejscu migotały światła i poruszały się postacie ludzkie. Señor administrador rozpoznał powóz swojej żony, czekający przed drzwiami domu Avellanosów. Podjechał niemal niepostrzeżenie i nie mówiąc ani słowa, patrzył, jak kilku jego służących wyszło z bramy, niosąc don Joségo Avellanosa, który, z zamkniętymi oczami i zakrzepłymi rysami, wyglądał jak nieżywy. Jego żona i Antonia szły po obu stronach skleconych na poczekaniu noszy, które zaraz umieszczono w powozie. Kobiety uściskały się. Po drugiej stronie powozu siedział na koniu wysłannik ojca Corbelana o rozwichrzonej, siwiejącej brodzie i wystających kościach policzkowych. Następnie Antonia usiadła obok noszy i uczyniwszy pośpiesznie znak krzyża, przysłoniła sobie twarz gęstą woalką. Służba oraz kilku sąsiadów, którzy byli obecni przy tym wyjeździe, stali opodal, odkrywszy głowy. Siedzący na koźle Ignacio, który już pogodził się z myślą, że będzie musiał jechać przez całą noc (i może zginąć przed świtem od noża), spoglądnął posępnie przez ramię.
— Jedź ostrożnie! — zawołała pani Gould drżącym głosem.