Sotillo błysnął białymi zębami spod czarnych wąsów.
— Aha! Ale siebie pan lubi — rzekł zachęcająco.
— Jeśli pozostawi ich pan w spokoju — rzekł doktor, spoglądając tym samym martwym wzrokiem w przystojną twarz Sotilla — niedługo sami się zdradzą. Tymczasem może skłoniłbym don Carlosa, żeby coś powiedział?
— Ach, señor doctor — odezwał się Sotillo, potrząsając głową — jest pan człowiekiem bystrej inteligencji. Jesteśmy jak stworzeni dla siebie. — Odwrócił się. Nie mógł znieść dłużej tego bezbarwnego, nieruchomego wzroku, z którego wyzierała jakaś nieprzenikniona pustka, jak głębia czarnej otchłani.
Nawet w człowieku zupełnie pozbawionym zmysłu moralnego pozostaje zdolność oceny łajdactwa, które jest rzeczą konwencjonalną i zupełnie jasną. Sotillo myślał, iż doktor Monygham, tak odmienny od innych Europejczyków, był gotów sprzedać swych rodaków i swego chlebodawcę, Charlesa Goulda, za udział w srebrze z San Tomé. Nie gardził nim z tego powodu. Zanik zmysłu moralnego u pułkownika miał charakter głęboko zakorzeniony i niewinny. Graniczył z tępotą, moralną tępotą. Nic nie było dla niego naganne, o ile służyło jego celowi. Mimo to czuł odrazę do doktora Monyghama. Miał dla niego bezgraniczną pogardę. Pogardzał nim z całego serca, gdyż bynajmniej nie zamierzał go wynagrodzić. Pogardzał nim nie jako człowiekiem bez czci i wiary, lecz jako głupcem. Doktor Monygham poznał się tak dobrze na charakterze Sotilla, iż zmylił go najzupełniej. Dlatego uważał on doktora za głupca.
Od chwili przybycia do Sulaco poglądy pułkownika uległy pewnej zmianie.
Nie pragnął już kariery politycznej w rządzie Montera. Zawsze powątpiewał o bezpieczeństwie tej drogi. Od kiedy dowiedział się od naczelnego inżyniera, iż najprawdopodobniej już o świcie zetknie się z Pedrem Montero, jego obawy znacznie się wzmogły. Ten guerillero, brat generała — Pedrito, jak go powszechnie nazywano — był nie mniej osławiony niż on sam. Sotillo miał niejasne zamiary zagarnięcia nie tylko skarbu, ale i miasta, a potem prowadzenia rokowań wedle swej woli. Teraz, wobec wieści zasłyszanych od naczelnego inżyniera (który nie skrywał przed nim grozy położenia), jego śmiałość, w ogóle niezbyt stanowcza, ustąpiła miejsca najprzezorniejszemu wahaniu.
— Armia, cała armia pod wodzą Pedrita przekroczyła już góry — powtarzał, nie kryjąc swego zakłopotania. — Nie wierzyłbym temu, gdyby te nowiny nie pochodziły od człowieka na pańskim stanowisku. Zdumiewające!
— Oddział zbrojny — poprawił go słodkim głosem inżynier.
Jego cel został osiągnięty. Chodziło o to, by Sulaco jeszcze przez kilka godzin było wolne od zbrojnej okupacji i ludzie, których ogarnęła trwoga, mogli opuścić miasto. Wśród powszechnego przerażenia całe rodziny miały nadzieję uciec drogą na Los Hatos, stojącą chwilowo otworem po wycofaniu się zbrojnej hołoty, która pod wodzą señorów Fuentesa i Gamacha podążała do Rincon, by przygotować entuzjastyczne przyjęcie dla Pedra Montera. Była to pośpieszna i pełna niebezpieczeństwa ucieczka. Opowiadano, iż Hernandez, który ze swymi opryszkami opanował lasy w okolicy Los Hatos, nie odmawiał schronienia zbiegom. Naczelny inżynier wiedział dobrze, iż wiele osób przygotowywało się do tej ucieczki.