— Może pan zejść na dół i poczekać tam na señora doctora, którego również zamierzam uwolnić. Wy, cudzoziemcy, w moich oczach jesteście bez znaczenia.

Parsknął wymuszonym, przykrym śmiechem, gdy kapitan Mitchell po raz pierwszy spojrzał na niego z pewnym zainteresowaniem.

— Waszymi przestępstwami zajmą się później sądy — gadał śpiesznie Sotillo. — Jeśli chodzi o mnie, to możecie żyć na wolności, bez straży i nadzoru. Słyszy pan, señor Mitchell? Może pan powrócić do swych zajęć. Nie zasługuje pan na moją uwagę. Jestem zajęty czymś nierównie ważniejszym.

Kapitan Mitchell miał już odpowiedź na końcu języka. Nie podobało mu się, iż uwalniano go, jednocześnie znieważając, ale bezsenność, przedłużające się obawy, głębokie rozczarowanie z powodu fatalnego niepowodzenia ze srebrem zaciążyły na jego duchu. Zdołał zaledwie ukryć niepokój, jaką uczuwał nie tyle o siebie samego, co z powodu ogólnego stanu rzeczy. Wyraźnie wyczuwał, iż coś się odbywa po kryjomu. Wychodząc, zlekceważył zupełnie doktora.

— Bydlę! — powiedział Sotillo, gdy drzwi się zamknęły.

Doktor Monygham wysunął się z wnęki okiennej i włożywszy ręce do kieszeni długiego, szarego, lekkiego płaszcza, który miał na sobie, zrobił parę kroków w głąb pokoju.

Sotillo także powstał i zastąpiwszy mu drogę, mierzył go oczyma od stóp do głowy.

— Pańscy rodacy zbytnio panu nie ufają, señor doctor. Nie lubią pana, co? Ciekaw jestem, dlaczego?

Doktor, podniósłszy głowę, odpowiedział długim, martwym spojrzeniem i słowami:

— Może dlatego, że za długo żyłem w Costaguanie.