W tej chwili kapitan Mitchell zauważył, iż czarne kraty w okienku zarysowały się na tle kwadratu szarości. Bielejący dzień uciszył go, jak gdyby przyszło mu na myśl, iż odtąd już na zawsze będzie pozbawiony cennych usług swego capataza. Oparł się o ścianę, skrzyżowawszy ręce na piersi, zaś doktor zaczął przechadzać się po celi, dziwnie kulejąc, jak gdyby ciągnął za sobą uszkodzone stopy. Gdy zbliżał się do końca celi oddalonego od krat, jego sylwetka niknęła zupełnie w ciemności. Słychać było tylko lekki szelest jego posuwistego kuśtykania. W tym nieustannym, bolesnym wleczeniu się było jakieś posępne oderwanie się od wszystkiego. Nie okazał zdumienia, kiedy drzwi nagle się otworzyły i wywołano go po nazwisku. Skręcił w miejscu i wyszedł od razu, jakby zależało mu na pośpiechu. Natomiast kapitan Mitchell stał jakiś czas oparty plecami o ścianę, wahając się w swym rozgoryczeniu, czy na znak protestu nie należałoby pozostać bez ruchu. Chciał niemal, by go wywleczono przemocą, lecz ostatecznie zgodził się wyjść, gdy oficer w drzwiach zawołał na niego kilka razy zdziwionym i karcącym tonem.
Zachowanie się Sotilla uległo zmianie. W swobodnej uprzejmości pułkownika pojawiło się niezdecydowanie, jak gdyby nie był pewien, czy uprzejmość w tym wypadku jest na miejscu. Uważnie przyjrzał się kapitanowi Mitchellowi, zanim przemówił łaskawym głosem z wielkiego fotela za stołem:
— Postanowiłem nie zatrzymywać pana, señor Mitchell. Umiem wybaczać. Mam wyrozumiałość. Ale niech to będzie nauką dla pana.
Osobliwy brzask Sulaco, który zdaje się wymykać daleko na zachód, a potem cofać i wsiąkać w cienie górskie, mieszał się z czerwonawą poświatą świec. Kapitan Mitchell na znak obojętności i pogardy błądził oczyma po pokoju, obrzucając w przelocie twardym spojrzeniem doktora, który wtuliwszy się we wnękę okna, opuścił powieki, obojętny i zamyślony, a może zawstydzony.
Sotillo, obwarowany w wielkim fotelu, dorzucił:
— Sądziłbym, iż poczucie grzeczności caballera podyktuje panu właściwą odpowiedź.
Oczekiwał jej, lecz kapitan Mitchell milczał raczej z niezmiernej urazy niż z rozmyślnego postanowienia. Sotillo zawahał się, zerknął na doktora, który podniósł oczy i skinął głową, po czym rzekł z niejakim wysiłkiem:
— Oto pański zegarek, señor Mitchell. Widzi pan, jak przedwczesny i niesprawiedliwy był pański sąd o moich patriotycznych żołnierzach.
Rozwalony na fotelu, wyciągnął ramię ku stołowi i lekko odsunął zegarek od siebie. Kapitan Mitchell podszedł do stołu z nieskrywanym pośpiechem, przyłożył zegarek do ucha i włożył go do kieszonki z chłodnym spokojem.
W Sotillu wezbrała ogromna niechęć. Zerknął znów z ukosa na doktora, który patrzył na niego, nie mrużąc oczu. Ale kiedy kapitan Mitchell odwrócił się, nie zaszczyciwszy go ukłonem, ani spojrzeniem, rzekł pospiesznie: