— Dziwię się — burknął — iż zamknięto nas razem i że Sotillo w ogóle kazał pana zamknąć, gdyż, jak mi się zdaje, byłby pan dla niego pożądanym towarzyszem.
— Tak, to dziwne! — rzekł doktor cierpko.
Kapitan Mitchell był tak przygnębiony, iż byłby wolał zupełną samotność od najlepszego towarzystwa. Ale łatwiej byłby zniósł byle kogo niż doktora, na którego zawsze krzywo patrzył, niby na jakiegoś włóczęgę niepośledniej inteligencji, który niezupełnie podźwignął się ze swego upadku. To uczucie skłoniło go do zapytania:
— A co ten opryszek zrobił z tamtymi dwoma?
— Naczelnego inżyniera wypuści w każdym razie — odpowiedział doktor. — Nie zechce zatargu z koleją. W każdym razie na pewno nie teraz. Nie wiem, czy pan dokładnie zdaje sobie sprawę z położenia, w jakim znajduje się Sotillo...
— Nie widzę powodu, dla którego miałbym sobie tym obciążać głowę — mruknął kapitan Mitchell.
— Oczywiście — przyznał doktor nie mniej cierpko. — I ja także nie widzę. Przecież nikomu nic z tego nie przyjdzie, gdy pan się nad czymś dokładniej zastanowi.
— Owszem — rzekł kapitan Mitchell po prostu i z widocznym przygnębieniem. — Człowiek zamknięty w tej przeklętej czarnej dziurze nikomu na nic nie jest przydatny.
— Jeżeli zaś chodzi o starego Violę — mówił doktor dalej, jak gdyby nie dosłyszał — to Sotillo wypuścił go z tego samego powodu, dla którego wkrótce wypuści pana.
— Jak to? Co? — zawołał kapitan Mitchell, wytrzeszczając oczy jak sowa w ciemności. — Cóż ja mam wspólnego ze starym Violą? Chyba to, że stary dziwak nie ma zegarka z łańcuszkiem, który ten złodziej mógłby ukraść. A ja panu powiadam, doktorze Monygham — mówił dalej ze wzmagającym się gniewem — iż trudniej przyjdzie mu uwolnić się ode mnie, niż sobie wyobraża. Mówię panu, że jeszcze poparzy sobie palce na tej drobnostce. Przede wszystkim nie odejdę bez swojego zegarka, a co do reszty, to zobaczymy! Zdaje mi się, że być zamkniętym to nic wielkiego dla pana. Ale Joe Mitchell jest innego pokroju człowiekiem. Nie zamierzam ulegle poddać się zniewadze i grabieży. Piastuję godność publiczną, mój panie!