— No, dobrze, dobrze! — mruknął do siebie, ale serce nie wtórowało jego myślom. Ustąpiły one miejsca innym, pełnym skupienia i żalu. Przygnębiło go ciężkie poczucie klęski: utrata srebra, śmierć Nostroma, która była dla niego istotnym ciosem, gdyż przywiązał się do swego capataza, jak zwykli przywiązywać się ludzie do swych podwładnych z umiłowania wygody i niemal bezwiednej wdzięczności. Kiedy zaś pomyślał, iż Decoud również utonął, zapamiętywał się niemal z żalu nad tym nieszczęsnym zgonem. Jakiż to bolesny cios dla tej biednej, młodej osoby! Kapitan Mitchell nie należał do gatunku zgryźliwych, starych kawalerów, wręcz przeciwnie, lubił, gdy młodzieńcy zalecali się do panien. Wydawało się mu to czymś naturalnym i właściwym. Przede wszystkim właściwym. Co do marynarzy, rzecz miała się inaczej; nie powinni się żenić, utrzymywał, z powodów moralnych, mianowicie z powodu zaparcia się samych siebie, gdyż życie na pokładzie okrętu żadną miarą nie odpowiada kobiecie, jeżeli zaś pozostawi się ją na lądzie, to po pierwsze nie jest to uczciwe, a po drugie albo naraża się ją na cierpienia z tego powodu, albo też ona się zapomina, zatem w obu przypadkach jest niedobrze. Nie byłby umiał powiedzieć, co dotknęło go bardziej: czy ogromna strata materialna Charlesa Goulda, czy śmierć Nostroma, która dla niego samego była bolesną stratą, czy wreszcie myśl o tej pięknej i szlachetnej kobiecie, pogrążonej teraz w żałobie.
— Tak — zaczął znowu doktor, który widocznie rozmyślał dalej. — Uwierzył mi do tego stopnia, iż myślałem, że mnie uściska. „Si, si — powiedział — napisze do swojego wspólnika, tego bogatego Americano, że wszystko przepadło. Bo czemu nie? Jest się czym podzielić z wieloma ludźmi”.
— Ależ to głupie! — krzyknął kapitan Mitchell.
Doktor zauważył, że Sotillo jest głupi i że jego głupota jest wystarczająco przemyślna, by go zupełnie sprowadzić na manowce. On sam tylko mu w tym trochę dopomógł.
— Napomknąłem — rzekł doktor — niby to przypadkiem, iż skarby raczej zakopuje się w ziemi, niż spławia po morzu. Na to Sotillo uderzył się ręką w czoło. „Por Dios, tak jest — rzekł — zakopali go gdzieś na wybrzeżu portowym, zanim odpłynęli”.
— Do stu piorunów! — mruczał kapitan Mitchell. — Nie mieści mi się w głowie, żeby ktoś mógł być takim osłem... — Urwał, po czym dodał ponuro: — Ale na co to się przyda? Byłoby warto skłamać, gdyby lichtuga pływała jeszcze po morzu. Powstrzymałoby to może tego niepojętego idiotę od wysłania parowca na wody zatoki. To niebezpieczeństwo nie dawało mi spokoju.
Kapitan Mitchell westchnął głęboko.
— Miałem swój cel — przemówił doktor z wolna.
— Miał go pan? — mruknął kapitan Mitchell. — To dobrze. Gdyż inaczej pomyślałbym, iż wodził go pan za nos, by sobie z niego zakpić. Może to było pańskim celem. Muszę powiedzieć, że osobiście nie zniżyłbym się do czegoś podobnego. To nie w moim guście. Nie, nie! Nie oczerniłbym charakteru przyjaciela, choćby chodziło o kpinę z najpodlejszego opryszka na świecie.
Gdyby nie przygnębienie wywołane fatalnymi nowinami, niesmak, jaki odczuwał w stosunku do doktora Monyghama, byłby przybrał wyrazistsze kształty, ale pomyślał sobie, iż teraz już wszystko jedno, co ten człowiek, którego nigdy nie lubił, powie lub zrobi.