— No — rzekł doktor z wolna — niech pan się pożegna raz na zawsze ze swą najlepszą lichtugą i z capatazem cargadorów.

Na te słowa kapitan Mitchell zerwał się na równe nogi z nadmiaru podniecenia. Nie pozwalając mu dojść do słowa, doktor opowiedział pokrótce, jaką rolę odegrał Hirsch w ciągu tej nocy.

Kapitan Mitchell zapamiętał się. — Utonął! — mruczał nieprzytomnym i przerażonym głosem. — Utonął! — Następnie pogrążył się w milczeniu i pozornie słuchał, lecz nazbyt był przygnębiony tą fatalną wiadomością, by zwracać baczniejszą uwagę na opowiadanie doktora.

Doktor tak dobrze udawał, iż o niczym nie wie, że Sotillo kazał przyprowadzić Hirscha, by ten jeszcze raz wszystko opowiedział. Przyszło mu to z niesłychanym trudem, gdyż co chwila zanosił się łkaniem. W końcu Hirscha wyprowadzono i zamknięto w pokoju na piętrze, żeby go mieć pod ręką na każde zawołanie. Po czym doktor, udając człowieka niewtajemniczonego w poufne sprawy zarządu San Tomé, napomknął, iż ta opowieść brzmi nieprawdopodobnie. Oczywiście, stwierdził, nie może powiedzieć, co robili Europejczycy, gdyż był ogromnie zajęty, opatrując rannych i czuwając nad don Josém Avellanosem. Przybrał z takim powodzeniem ton obojętnej bezstronności, iż Sotillo zdawał się być zupełnie wyprowadzony w pole. Do tej chwili przesłuchanie odbywało się najzupełniej prawidłowo. Jeden z oficerów siedział przy stole, zapisując pytania i odpowiedzi. Inni wałęsali się po pokoju, słuchali uważnie, palili długie cygara i nie spuszczali oczu z doktora. Ale nastąpiła chwila, kiedy Sotillo odprawił ich wszystkich za drzwi.

Rozdział III

Gdy tylko pozostali sami, w urzędowej surowości pułkownika zaszła zmiana. Wstał z miejsca i zbliżył się do doktora. Oczy migotały mu drapieżnością i nadzieją. Zaczął się zwierzać: „Możliwe, że srebro rzeczywiście załadowano na lichtugę, ale niepodobna pomyśleć, żeby je wywieziono na morze”. Doktor, bacząc na każde słowo, kiwał z lekka głową i z widocznym upodobaniem palił cygaro, które mu ofiarował Sotillo na znak swych przyjacielskich zamiarów. Chłodna obojętność, jaką przejawiał doktor w stosunku do innych Europejczyków, skłoniła Sotilla do tego, że przechodząc od przypuszczenia do przypuszczenia, oświadczył w końcu, iż jego zdaniem jest to sztuczka Charlesa Goulda, by ten olbrzymi skarb zagarnąć wyłącznie dla siebie. Doktor, baczny i panujący nad sobą, mruknął: „On jest do tego zdolny”.

W tym miejscu kapitan Mitchell zawołał zdumiony i oburzony:

— Powiedział pan to o Charlesie Gouldzie? — W jego głosie pojawił się niesmak, a nawet niejaka podejrzliwość, bowiem dla niego, podobnie jak dla innych Europejczyków, w charakterze doktora kryła się jakaś dwuznaczność. — Cóż, u licha, skłoniło pana, iż powiedział pan coś podobnego temu łotrowi, który kradnie zegarki? — zapytał. — Jaki był cel tego piekielnego kłamstwa? Ten zatracony kieszonkowiec mógł naprawdę panu uwierzyć.

Parsknął. Doktor przez chwilę milczał w ciemności.

— Takie jednak było dokładne brzmienie moich słów — odezwał się w końcu tonem, z którego ktoś inny byłby wywnioskował, iż zwłoka w odpowiedzi nie wynikła z ociągania się, lecz z namysłu. Natomiast kapitan Mitchell pomyślał sobie, iż nie zdarzyło mu się jeszcze słyszeć czegoś równie bezwstydnego.