— Na Boga! Ten hultaj ukradł mi zegarek.

Naczelny inżynier, wleczony już na schody, zdążył na chwilę powstrzymać napór i krzyknąć:

— Co? Co pan powiedział?

— Mój chronometr! — wrzasnął kapitan Mitchell donośnie właśnie w chwili, kiedy przez wąskie drzwiczki wtrącono go na złamanie karku do jakiejś celi, zupełnie ciemnej i tak ciasnej, że potoczył się aż do przeciwległej ściany. Natychmiast zatrzaśnięto za nim drzwi. Wiedział, dokąd go wrzucono. Był to skarbiec Urzędu Celnego, skąd zaledwie przed kilku godzinami zabrano srebro. Cela ta była wąska jak korytarz i miała naprzeciwko drzwi niewielki, kwadratowy otwór, zakratowany potężnymi prętami. Kapitan Mitchell stąpał przez chwilę chwiejnym krokiem, po czym usiadł na ziemi i oparł się plecami o ścianę. Nic nie mąciło jego rozmyślań, nie wnikał nawet najniklejszy promyk światła. Myśli jego były twarde, choć nie wybiegały zbyt daleko. Nie były też z ponure. Stary marynarz mimo swych słabostek i niedorzeczności był z usposobienia niezdolny do dłuższych obaw o swe osobiste bezpieczeństwo. Wynikało to u niego nie tyle z mocy ducha, co z braku pewnego rodzaju wyobraźni, której nadmierny rozwój był przyczyną dotkliwych cierpień señora Hirscha. Jest to ten rodzaj wyobraźni, która ślepy lęk przed fizycznym bólem i śmiercią, pojętą tylko jako unicestwienie ciała, kojarzy z innymi pojęciami, na których polega sens istnienia jednostki. Niestety kapitan Mitchell nie miał zbyt wiele przenikliwości; charakterystyczne, znamienne drobnostki wyrazu twarzy, czynu czy ruchu uchodziły zupełnie jego uwagi. Zbyt pompatycznie i naiwnie zdawał sobie sprawę z własnego istnienia, by zajmować się istnieniem innych. Nie mógł na przykład uwierzyć, że Sotillo rzeczywiście się go przestraszył, ponieważ nie przyszłoby mu nigdy do głowy strzelić do kogoś, chyba w ostateczności własnej obrony. Wszyscy powinni widzieć, iż nie jest on z tych, co mordują ludzi — rozumował najzupełniej poważnie. — Skądże więc to niewczesne i ubliżające oskarżenie? — zadawał sobie pytanie. Atoli jego myśli wirowały głównie dokoła zdumiewającego pytania, na które nie było odpowiedzi: Od jakiego diabła ten hultaj dowiedział się, iż srebro wywieziono na lichtudze? A było rzeczą oczywistą, że jej nie przechwycił! Co do tego ostatniego wniosku sprowadzało kapitana Mitchella na mylne drogi przypuszczenie, wysnute podczas długiego czuwania w porcie ze spostrzeżeń nad stanem pogody. Zdawało mu się mianowicie, iż tej nocy wiał w zatoce wiatr, silniejszy niż zazwyczaj, tymczasem było właśnie wręcz przeciwnie.

— Jakim cudem ten zatracony hultaj zdołał wywąchać tę sprawę? — brzmiało jego pierwsze pytanie, gdy trzask i łomot otwierających się drzwi (które zamknęły się znów, zanim zdążył podnieść pochyloną głowę) uświadomił go, iż pozyskał towarzysza niedoli. Głos doktora Monyghama przestał mamrotać przekleństwa hiszpańskie i angielskie.

— Czy to pan, panie Mitchell? — zapytał zgryźliwie. — Uderzyłem głową o tę przeklętą ścianę z taką siłą, że przewróciłby się nawet byk. Gdzie pan jest?

Kapitan Mitchell, przyzwyczajony do ciemności, dostrzegł doktora, który wyciągał omackiem ręce.

— Siedzę tu, na ziemi. Niech pan uważa i nie potknie się o moje nogi — oznajmił z wielką godnością głos kapitana Mitchella. Doktor, nie odważając się chodzić po ciemku, również osunął się na ziemię. Obaj jeńcy Sotilla, dotykając się niemal głowami, zaczęli zwierzać sobie wzajemnie.

— Tak — zaspokajał półgłosem doktor namiętną ciekawość kapitana Mitchella — pojmano nas w domostwie starego Violi. Jak się zdaje, jeden z ich oddziałów, dowodzony przez oficera, dotarł aż do bramy miejskiej. Nie mieli rozkazu wchodzić do miasta, lecz pozwolono im zatrzymywać każdego człowieka spotkanego na równinie. Rozmawialiśmy w izbie przy otwartych drzwiach i zapewne dostrzegli migotanie naszego światła. Musieli przez jakiś czas podchodzić chyłkiem. Inżynier usiadł na ławie w kącie przy kominku, a ja poszedłem na górę, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Od dłuższego czasu nic stamtąd nie było słychać. Stary Viola zobaczył, że nadchodzę, i uniesieniem ręki dał znak, abym zachowywał się cicho. Wszedłem tam na palcach. Na miłość Boską, żona jego spoczywała na łóżku i spała. Ta kobieta naprawdę zapadła w sen! Viola szepnął do mnie: „Zdaje mi się, że jej duszność minęła i jest jej lepiej”. „Tak jest — odparłem, wielce zdumiony. — Pańska żona jest dziwną kobietą”. Wtem rozległ się strzał w kuchni, podskoczyliśmy i padliśmy na ziemię jak rażeni piorunem. Jak się zdaje, żołnierze podeszli bardzo blisko, a jeden z nich podpełzł do drzwi. Zajrzał do wnętrza i sądząc, że nie ma tam nikogo, wszedł spokojnie z karabinem gotowym do strzału. Naczelny inżynier opowiadał mi, iż chwilę przedtem zamknął oczy. Kiedy je otworzył, żołnierz stał już pośrodku izby i zaglądał w ciemne kąty. Inżynier był tak przerażony, iż bez namysłu wyskoczył ze swej kryjówki wprost przed kominek. Żołnierz, niemniej przerażony, podniósł karabin i wystrzelił, ogłuszając i osmalając inżyniera, lecz w pośpiechu całkiem go chybiając. I oto, co się stało! Na huk wystrzału drzemiąca kobieta zerwała się jak podrzucona sprężyną i krzyknęła: „Dzieci, Gian’ Battisto! Ratuj dzieci!”. Do tej pory brzmią mi te słowa w uszach. Był to najszczerszy krzyk rozpaczy, jaki kiedykolwiek słyszałem. Stałem jak sparaliżowany, ale sędziwy małżonek podbiegł do łóżka, wyciągając ramiona. Przylgnęła do niego. Zobaczyłem, że jej oczy zachodzą szkliwem. Starzec opuścił ją na poduszki i obejrzał się na mnie. Umarła! Nie trwało to nawet pięciu minut, po czym zbiegłem na dół, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Niepodobna było myśleć o oporze. Obaj nie mogliśmy nic powiedzieć przesłuchującemu oficerowi, zgodziłem się jednak pójść na górę z kilkoma żołnierzami i przyprowadzić starego Violę. Siedział na łóżku, wpatrzony w twarz żony i zdawał się nie słyszeć, co do niego mówiłem; dopiero kiedy przykryłem prześcieradłem jej głowę, wstał i zeszedł z nami spokojnie po schodach jakby w zamyśleniu. Poprowadzili nas drogą, pozostawiając otwarte drzwi i niezgaszoną świecę. Naczelny inżynier szedł w milczeniu, a ja obejrzałem się raz czy dwa na nikłe migotanie. Gdyśmy uszli już dość daleko, Garibaldino, który stąpał obok mnie, odezwał się nagle: „Pochowałem wielu ludzi na polach bitew tego lądu. Księża mówią o poświęcanej ziemi. Ba! Cała ziemia jest święta, bo jest stworzona przez Boga, a najświętsze jest morze, gdyż nie zna królów, księży i tyranów. Doktorze! Chciałbym ją pochować w morzu bez żadnych komedii, świec, kadzideł, bez księży i ich święconej wody. Duch wolności unosi się nad wodami...” — Zdumiewający starzec. Mówił to wszystko półgłosem jakby do samego siebie.

— Tak, tak — przerwał kapitan Mitchell niecierpliwie. — Ale czy nie domyśla się pan, w jaki sposób ten opryszek Sotillo zdobył te informacje? Przecież nie dostał w swoje łapy żadnego z naszych cargadorów, którzy pomagali przy drezynie, prawda? Ale nie, to niepodobna! To byli wybrani ludzie, którzy od pięciu lat pełnili służbę na naszych łodziach, i każdemu z nich osobiście wręczyłem gwineę z poleceniem, by zniknął z ludzkich oczu na co najmniej dwadzieścia cztery godziny. Widziałem na własne oczy, jak razem z Włochami odchodzili na tereny kolejowe. Naczelny inżynier obiecał dostarczać im żywności tak długo, jak długo tam będą przebywali.