— Zobaczymy. Pozna pan lepiej moją władzę, gdy przywiązany do słupka postoi pan na słońcu przez cały dzień. — Wyprostował się dumnie i dał znak, żeby wyprowadzono kapitana Mitchella.
— A co z moim zegarkiem? — krzyczał kapitan Mitchell, opierając się żołnierzom, którzy ciągnęli go do drzwi.
Sotillo zwrócił się do oficerów:
— Posłuchajcie no, caballeros, tego picaro230 — odezwał się z udaną pogardą, a na jego słowa odpowiedział chór drwiących śmiechów. — Upomina się o swój zegarek. — Podbiegł znów do kapitana Mitchella, gdyż z całych sił zapragnął dać ujście swym uczuciom, bijąc i katując tego Anglika. — Twój zegarek! Jesteś jeńcem wojennym, Mitchell! Nie masz ani praw, ani własności! Caramba! Nawet twoja dusza należy do mnie. Pamiętaj to sobie!
— Gadaj sobie zdrów! — rzekł kapitan Mitchell, skrywając niemiłe wrażenie.
Na dole, w wielkiej sali, gdzie zamiast podłogi była ubita ziemia, a w narożniku wznosił się wysoki kopiec usypany przez białe mrówki, żołnierze rozpalili niewielkie ognisko z połamanych stołów i krzeseł w pobliżu sklepionej bramy, przez którą dolatywał nikły szmer fal morskich, łamiących się na plaży. Gdy kapitana Mitchella prowadzono po schodach na dół, minął go jakiś oficer, spieszący na górę do Sotilla z meldunkiem, że pojmano kolejnych jeńców. W mrocznej przestrzeni wielkiej sali kłębiły się smugi dymu, ogień trzaskał i jak gdyby przez mgłę kapitan Mitchell, otoczony niskimi postaciami żołnierzy z najeżonymi bagnetami, dostrzegł głowy trzech wysokich jeńców: doktora, naczelnego inżyniera oraz białą lwią grzywę starego Violi, który stał na pół odwrócony od innych, z głową opuszczoną na piersi i skrzyżowanymi rękami. Zdumienie Mitchella nie miało granic. Krzyknął na cały głos, a tamci odpowiedzieli mu okrzykiem. Ale popędzono go dalej przez wielką salę podobną do pieczary. W głowie wirowały mu strzępy myśli, przypuszczeń, ostrzeżeń.
— Czy on naprawdę pana więzi? — krzyknął naczelny inżynier, którego monokl błyskał w poświacie ognia.
Jakiś oficer zawołał z góry nagląco:
— Dawać ich tutaj wszystkich trzech!
W rozgwarze głosów i szczęku broni głos kapitana Mitchella zabrzmiał niewyraźnie: