— Tak — mruknął Charles Gould. — Capataz kapitana Mitchella był jedynym człowiekiem w mieście, który stykał się z Hernandezem oko w oko. Ojciec Corbelan go do niego wysyłał. On pierwszy nawiązał z nim stosunki. Szkoda, że...
Głos wielkiego dzwonu katedry zagłuszył jego słowa. Buchnęły nagle trzy uderzenia, jedno po drugim, a następnie rozpierzchły się w niskich, łagodnych wibracjach. Po czym wszystkie dzwony kościołów, klasztorów i kaplic, nawet tych, które pozamykano już przed laty, zadygotały zgodnym brzmieniem. W tym rozszalałym zalewie metalicznego zgiełku była taka potęga przejmujących obrazów walki i przemocy, że policzki pani Gould pobladły. Basilio, który usługiwał do stołu, skulił się i przylgnął do kredensu, szczękając zębami. Niepodobna było słyszeć się wzajemnie.
— Zamknij te okna! — krzyknął na niego Charles gniewnie Gould.
Reszta służby, przerażona tym, co uznała za wezwanie do powszechnej rzezi, wybiegła gromadnie na schody, potrącając się wzajemnie; mężczyźni i kobiety, nieznani, zazwyczaj nieoglądani mieszkańcy suteren po czterech stronach patio. Kobiety, krzycząc: „misericordia!”, wpadły do pokoju i rzuciwszy się pod ścianami na kolana, zaczęły żegnać się gorączkowo. Struchlałe twarze mężczyzn stłoczyły się jednej chwili w drzwiach. Byli to mozos stajenni, ogrodnicy, nieokreślone popychadła, żyjące z okruszyn szczodrobliwego domu — i oto Charles Gould ujrzał wszystkich swych domowników, nie wyłączając odźwiernego. Był to na pół sparaliżowany starzec, któremu długie, białe włosy spadały na ramiona, dziedziczny sługa, utrzymywany przez Charlesa Goulda na łaskawym chlebie. Pamiętał jeszcze Henryka Goulda, Anglika i Costaguanera w drugim pokoleniu, naczelnika prowincji Sulaco. Był przez długie lata jego osobistym mozo podczas pokoju i wojny; uzyskał pozwolenie usługiwania swemu panu w więzieniu; podążył owego fatalnego poranka za plutonem egzekucyjnym i wyzierając zza jednego z cyprysów, które rosły wzdłuż murów klasztoru franciszkanów, z oczyma na wierzchu ujrzał, jak don Enrique wyrzucił w górę ręce i padł twarzą na ziemię. Charles Gould zauważył przede wszystkim tę wielką, patriarchalną głowę naocznego świadka wśród tłumu innych służących. Zdziwił się jednak, gdy ujrzał jedną czy dwie skurczone starowinki, o których istnieniu w murach swego domu nic nie wiedział. Musiały to być matki, a może nawet babki jakichś jego służących. Było również kilkoro dzieci, mniej lub więcej nagich, które krzyczały i plątały się pod nogami starszych. Nigdy przedtem nie zauważył żadnego dziecka na patio. Nadbiegła nawet przerażona camerista Leonarda i przeciskając się przez tłum z nadąsaną twarzą ulubionej służącej, prowadziła za ręce dziewczynki Violi. Porcelana brzęczała na stole i kredensie; cały dom udawał się pławić w ogłuszającym zalewie dźwięku.
Rozdział V
W ciągu nocy pospólstwo opanowało wszystkie dzwonnice, by powitać Pedrita Monterę, który wjeżdżał do miasta po nocnym wypoczynku w Rincon. Tłocząc się bezładnie przez bramę miejską, szedł na czele zbrojny motłoch wszelkich kolorów i odcieni skóry, wszelakiego wyglądu i usposobienia i najrozmaiciej obdarty, nazwany sam przez siebie gwardią narodową Sulaco, pozostający pod dowództwem señora Gamacha. Środkiem ulicy jak rzeka nieczystości płynął odmęt słomkowych kapeluszy, ponchos, luf karabinów, z olbrzymią, zielono-żółtą chorągwią, trzepoczącą się pośrodku w obłokach kurzu, przy wściekłym warkocie bębnów. Widzowie cofali się pod ściany domów, rycząc swoje: „Vivas!”. Za tym tłumem widniały lance kawalerii, „armii” Pedra Montero. On sam jechał między señorami Fuentesem i Gamachem, na przedzie swych llaneros, którzy dokonali wielkiego wyczynu, gdyż przekroczyli paramos Higueroty w czasie zamieci śnieżnej. Jechali czwórkami, siedząc na zarekwirowanych na Campo koniach, w najróżniejszych strojach, zagrabionych pośpiesznie w przydrożnych sklepach, które łupili, przebiegając pędem północną połać prowincji, bowiem ich dowódcy śpieszno było zająć Sulaco. Chustki, luźno zawiązane na ich nagich szyjach, były zastanawiająco nowe, zaś prawe rękawy bawełnianych koszul obcięli aż po pachy, żeby mieć więcej swobody w rzucaniu lassem. Zmizerowani siwobrodzi starcy jechali obok smukłych ciemnowłosych chłopaków, napiętnowanych wszystkimi oznakami twardej żołnierki. Dokoła kapeluszy mieli okręcone paski surowej wołowiny. Pobrzękiwały ciężkie, żelazne ostrogi, przytwierdzone do nagich pięt. Ci, którzy postradali swe lance na przesmykach górskich, zaopatrzyli się w ościenie242 używane przez pasterzy bydła z Campo: cienkimi drzewcami palmowymi długości dziesięciu stóp, na które nanizano luźne pierścienie, podzwaniające pod żelaznym ostrzem. Byli uzbrojeni w rewolwery i noże. Nieustraszone męstwo wyzierało z poczerniałych od słońca twarzy. Spoglądali wyniośle na ciżbę zaczerwienionymi oczami lub zerkając zuchwale w górę, pokazywali sobie wzajem jakąś kobiecą twarzyczkę w oknie. Gdy wyjechali na plaza i ujrzeli konny posąg królewski, który, olśniewająco biały w świetle słonecznym, piętrzył się w swym ogromie i nieruchomości nad rozfalowanym mrowiem, witając ich zastygłym gestem pozdrowienia, przebiegł przez ich szeregi szmer podziwu.
— Co to za święty w tym ogromnym kapeluszu? — pytali jedni drugich.
Byli wzorowym przykładem kawalerii z równin, dzięki której Pedro Montero walnie przyczynił się do triumfu swego brata, generała. Wpływ, jaki ten człowiek, wychowany w miastach przybrzeżnych, zdołał w krótkim czasie wywrzeć na ludności osiadłej na równinach republiki, można było przypisać tylko geniuszowi podstępu, tak skutecznemu, iż tym gwałtownym, półdzikim ludziom wydawał się zapewne szczytem przebiegłości i cnoty. Ludowa mądrość wszystkich narodów dowodzi, iż nieszczerość i chytrość w połączeniu z siłą fizyczną uchodziła u ludów pierwotnych za cnotę heroiczną w wyższym nawet stopniu niż odwaga. Pokonanie przeciwnika odgrywało wielką rolę w ich życiu. Odwagę uważano za rzecz oczywistą. Natomiast przejaw inteligencji budził podziw i szacunek. Podstęp, o ile nie zawodził, przynosił zaszczyt. Łatwe wycięcie w pień niczego niepodejrzewających wrogów wywoływało uczucia radości, dumy, uwielbienia. Nie dlatego zapewne, że ludzie pierwotni byli bardziej wiarołomni od swych dzisiejszych potomków, ale ponieważ zdążali do celu prostszą drogą i byli bardziej szczerzy w uznawaniu powodzenia za jedyny drogowskaz moralności.
Zmieniliśmy się od tych czasów. Przejaw inteligencji nie budzi już wielkiego podziwu i spotyka się z mniejszym poszanowaniem. Ale ciemni, barbarzyńscy jeźdźcy z równin, uwikłani w wojnę domową, podążali chętnie za wodzem, któremu często udawało się wydawać im na pastwę ich wrogów z powiązanymi niejako rękami. Pedro Montero miał talent usypiania czujności swych przeciwników. A ponieważ ludzie uczą się rozumu niezmiernie powoli i zawsze są skłonni wierzyć w obietnice, które schlebiają ich skrytym nadziejom, więc Pedro Montero odnosił powodzenia raz za razem. Będąc tylko służącym czy podrzędnym urzędnikiem poselstwa Costaguany w Paryżu, skoro tylko dowiedział się, iż jego brat wynurzył się z cienia swej nadgranicznej commandancji, podążył natychmiast do ojczyzny. Dzięki swojej umiejętności wzbudzania zaufania udało mu się wyprowadzić w pole przywódców ruchu ribierystowskiego w stolicy i nawet przenikliwy agent kopalni San Tomé nie zdołał poznać się na nim całkowicie. Od razu zyskał ogromny wpływ na swego brata. Z wyglądu obaj byli bardzo do siebie podobni, łysi, z kępkami kędzierzawych włosów koło uszu, świadczących o domieszce krwi murzyńskiej. Pedro był tylko nieco niższy od generała, przede wszystkim zaś wątlejszy. Z małpią zmyślnością umiał naśladować wszystkie zewnętrzne oznaki wyższości i wytworności, miał też papuzi talent do języków. Obaj bracia otrzymali jakieś podstawowe wykształcenie dzięki szczodrobliwości pewnego znakomitego podróżnika europejskiego, któremu ich ojciec towarzyszył jako osobisty służący w podróżach w głąb kraju. Pomogło ono generałowi Montero w zdobyciu wyższych stopni wojskowych. Młodszy, Pedrito, niepoprawny leń i nicpoń, wałęsał się od jednego miasta na wybrzeżu do drugiego, tułał się po kantorach i najmował cudzoziemcom jako valet-de-place243, prowadząc łatwe, niegodziwe życie. Upodobanie do czytania napełniło mu głowę niedorzecznymi mrzonkami. Jego czyny wynikały zazwyczaj z pobudek tak nieprawdopodobnych, iż ludzie racjonalni nie mogli dopatrzyć się w nich sensu.
To spowodowało, że agent koncesji Gouldów w Santa Marta na pierwszy rzut oka uznał, że ma do czynienia z człowiekiem rozsądnym, który nawet potrafiłby powściągać wiecznie niezaspokojoną próżność generała. Nie przyszłoby mu jednak do głowy, żeby Pedrito Montero, lokaj czy podrzędny pisarczyk, nawykły do tułania się po poddaszach paryskich hoteli, gdzie poselstwo Costaguany zwykło było umieszczać swe dyplomatyczne dostojeństwo, pochłaniał lżejsze dzieła historyczne w języku francuskim, takie na przykład, jak książki Imberta de Saint Amand244 o drugim cesarstwie. Niemniej Pedrito uległ urokowi świetności dworu cesarskiego i na podobieństwo księcia de Morny wymarzył sobie życie, w którym by mógł opływać we wszelkie rozkosze, a zarazem kierować sprawami politycznymi i korzystać z pełnej władzy we wszystkich dziedzinach. Tego nikt nie mógł odgadnąć, a jednak to właśnie było jedną z bezpośrednich przyczyn rewolucji monterystowskiej. Wyda się to mniej nieprawdopodobne, jeśli weźmie się pod uwagę, że zasadnicze powody są zawsze te same, mianowicie wynikają one z politycznej niedojrzałości narodu, z nieudolności klas wyższych i ciemnoty klas niższych.