Pedrito Montero widział w wywyższeniu swego brata otwartą drogę dla swych najdzikszych mrzonek. I to było przyczyną, dla której monterystowskiemu pronunciamento niepodobna było zapobiec. Sam generał prawdopodobnie dałby się przekupić i ułagodzony pochlebstwami, podjąłby się chętnie misji dyplomatycznej do Europy. Cóż, kiedy podżegał go nieustannie jego brat. Pragnął zostać najświetniejszym mężem stanu Ameryki Południowej. Nie pożądał najwyższej władzy, obawiał się bowiem jej trudów i niebezpieczeństw. Pedrito Montero, nauczony doświadczeniami europejskimi, pragnął przede wszystkim zebrać duży majątek. Mając na oku ten cel, nazajutrz po wygranej bitwie wymógł na swym bracie pozwolenie na przeprawę przez góry i opanowanie Sulaco. Sulaco było krajem przyszłej szczęśliwości, ziemią obiecaną materialnego postępu, jedyną prowincją republiki, która nęciła kapitalistów europejskich. Pedrito Montero, idąc za przykładem księcia de Morny, postanowił zapewnić sobie udział w tej pomyślności. O to właśnie mu chodziło. Jego brat był teraz panem kraju, jako prezydent, dyktator czy nawet cesarz — bo czemużby nie miał zostać cesarzem? — więc postanowił domagać się udziału we wszystkich przedsiębiorstwach: w kolejach, kopalniach, plantacjach trzciny cukrowej i bawełny, majętnościach ziemskich, słowem we wszystkim — w zamian za swe poparcie. Chciał być na miejscu jak najprędzej i to było prawdziwą przyczyną sławnego pochodu przez góry, w którym uczestniczyło około dwustu llaneros. Była to wyprawa, z której niebezpieczeństw w swej niecierpliwości nie zdawał sobie zrazu jasno sprawy. Mając za sobą szereg zwycięstw, mniemał, iż wystarczy, żeby Montero się ukazał, a będzie panem sytuacji. To złudzenie popchnęło go do nadmiernego pośpiechu, który zaczynał sobie uświadamiać. Jadąc na czele swych llaneros, żałował, że ma ich tak mało. Entuzjazm ludności dodał mu otuchy. Wrzeszczano: „Viva Montero! Viva Pedrito!”. Chcąc rozpłomienić lud jeszcze więcej, a mając wrodzone upodobanie do obłudy, opuścił wodze na kark konia i ze wzruszającym gestem przyjacielskości i poufałości wsunął ręce pod ramiona señorów Fuentesa i Gamacha. W tej postawie, mając za przewodnika obdartego mozo, który ujął cugle jego konia, jechał triumfalnie przez plaza do bram Intendencji. Stare, posępne mury zdawały się drżeć od krzyków, które wypełniały powietrze i przygłuszały gromkie dźwięki katedralnych dzwonów.

Pedro Montero, brat generała, zsiadł z konia otoczony wrzaskliwą i spoconą zgrają wielbicieli, odtrącanych szorstko przez obszarpanych gwardzistów. Postąpiwszy parę kroków, spoglądał na tłum, który gapił się na niego, i na poznaczone kulami ściany domów, przezierających z lekkiej mgły prześwietlanego słońcem kurzu. Z przeciwległej strony wielkiego placu wyzierały ku niemu ogromne, czarne głoski słowa „Porvenir”, przedzielone wytłuczonymi oknami. Z rozkoszą myślał o godzinie zemsty, gdyż był pewien, iż dostanie w swe ręce Decouda. Po jego lewej stronie zwalisty, popędliwy Gamacho ocierał swą kosmatą, wilgotną twarz i odsłaniał żółte kły, szczerząc je z głupkowatą wesołością. Po prawej drobny i szczupły señor Fuentes rozglądał się z zaciśniętymi ustami. Ciżba, pogrążona w pożądliwym zasłuchaniu, rozdziawiła usta, jak gdyby oczekiwała, iż wielki guerrillero, znakomity Pedrito zacznie zaraz rozrzucać jakieś namacalne dowody szczodrobliwości. On jednak zaczął od przemówienia. Pierwsze rzucone przez niego krzykiem słowo: „Obywatele!”, dosięgło nawet tych, którzy stali pośrodku plaza. Później większość obywateli pozostawała już tylko pod urokiem popisu mówcy, jego wspinania się na palce, rąk, które z zaciśniętymi pięściami wystrzeliwały ponad głowę, dłoni przykładanych do serca, gestów zamaszystych, wytykających, obejmujących, jednej jego ręki, kładącej się poufale na ramieniu Gamacha, i drugiej, która zwracała się uroczystym skinieniem do drobnej, odzianej w czerń osóbki señora Fuentesa, adwokata, polityka i oddanego przyjaciela ludu. Okrzyki tych, którzy stali najbliżej mówcy, wybuchały nagle, rozpierzchając się chwiejnie aż po krańce ciżby na podobieństwo płomienia, który pożera suchą trawę, i zamierały u wylotów ulic. W przerwach na rojnej plaza zagęszczało się ciężkie milczenie, wśród którego otwierały się i zamykały usta mówcy, wyrzucając frazesy: „szczęście ludu”, „dzieci ojczyzny”, „cały świat, el mundo entiero”. Docierały aż do zatłoczonych stopni katedry przelotnym, ściszonym dźwiękiem, nikłym niby brzęczenie moskita. I oto mówca uderzył się w piersi, zdając się unosić w skoku pomiędzy dwoma towarzyszami. Był to ostateczny wysiłek jego krasomówstwa. Następnie dwie mniejsze postacie zniknęły z widowni i pozostał tylko olbrzymi Gamacho, który postąpił naprzód i wzniósł kapelusz wysoko nad głowę. Po chwili dumnie nałożył go z powrotem i ryknął: „Ciudadanos!245. Głuchy pomruk powitał señora Gamacha, byłego kramarza z Campo, obecnie komendanta gwardii narodowej.

Tymczasem na górze Pedrito Montero przechadzał się szybko po zrujnowanych komnatach Intendencji i zżymał się nieustannie:

— Co za głupota! Co za zniszczenie!

Señor Fuentes, który mu towarzyszył, sprzeniewierzył się swemu małomównemu usposobieniu i mruknął:

— To robota Gamacha i jego gwardzistów. — Po czym przechylił głowę na lewe ramię i zacisnął usta tak mocno, iż w ich kącikach ukazały się małe dołki. Miał w kieszeni nominację na gubernatora miasta i pragnął czym prędzej objąć urzędowanie.

Stali bezczynnie w mroku i spustoszeniu długiej sali przyjęć z jej wielkimi lustrami potłuczonymi kamieniami, ze zdartymi zasłonami i baldachimem nad podestem w głębi potarganym na strzępy. Poprzez okiennice dolatywał potężny, głęboki pomruk tłumu i słychać było ryczący głos Gamacha, który właśnie zaczął przemawiać.

— Bydlę! — warknął jego ekscelencja, don Pedro Montero, przez zaciśnięte zęby. — Trzeba pomyśleć o tym, żeby go jak najprędzej wysłać razem z jego gwardzistami przeciwko Hernandezowi.

Nowy jéfé politico przechylił tylko głowę w bok i zaciągnął się papierosem na znak, iż zgadza się, by w ten sposób uwolnić miasto od Gamacha i jego uciążliwego motłochu.

Pedrito Montero spoglądał z niesmakiem na ogołoconą doszczętnie posadzkę i na rząd ciężkich, złoconych ram od obrazów, z których strzępy pociętych i podartych płócien zwisały jak niechlujne łachmany.