— Nie jesteśmy barbarzyńcami — przemówił.

Oto co rzekł jego ekscelencja, ulubieniec ludu, Pedrito, guerrillero, wyćwiczony w sztuce urządzania zasadzek, któremu brat powierzył, na jego własną prośbę, zorganizowanie Sulaco wedle zasad demokratycznych. Ubiegłej nocy, zasięgając zdania swych stronników, którzy przybyli na jego spotkanie do Rincon, dał wyraz swym zamierzeniom, mówiąc do señora Fuentesa:

— Zarządzimy powszechne głosowanie na zasadzie „tak” lub „nie”, powierzające ster naszej ukochanej ojczyzny mądrości i wspaniałomyślności mego bohaterskiego brata, niezwyciężonego generała. Plebiscyt. Rozumie pan?

Señor Fuentes, wydąwszy policzki jakby z wygarbowanej skóry, pochylił z lekka głowę w lewo i wypuścił nikłą, błękitnawą smugę dymu ze ściśniętych ust. Zrozumiał.

Jego ekscelencja był do żywego wzburzony zniszczeniami. W reprezentacyjnych salonach nie pozostało ani jedno krzesło, ani jeden stół, sofa, etażerka czy konsola. Jego ekscelencja, mimo że wrzał wściekłością, nie wybuchnął gniewem, wstrzymywało go od tego poczucie oddalenia i osamotnienia. Jego bohaterski brat był bardzo daleko. A jak tu tymczasem użyć sjesty? Miał nadzieję, iż po roku twardego życia obozowego znajdzie w Intendencji zbytek i wygodę, że zakończą się poniewierki i uciążliwości, połączone z nieustraszonym pochodem na Sulaco, na tę prowincję, która swym bogactwem i znaczeniem przewyższała resztę republiki. Chciał już nawet załatwić się z Gamachem. I oto mowa señora Gamacha, miła uszom tłumu, rozlegała się wśród blasku i skwaru plaza niby skowyt jakiegoś podrzędnego diabła, wtrąconego w czeluść rozpalonego do białości pieca. Co chwila ocierał nagim ramieniem ociekającą twarz; zdjął kurtkę i zakasał rękawy po łokcie, ale zatrzymał na głowie kapelusz z podwiniętym rondem i białym pióropuszem. Jego prostoduszność lubowała się w tej odznace komendanta gwardii narodowej. Ustępy jego mowy witano poważnym, pełnym uznania pomrukiem. Jego zdaniem należało niezwłocznie wypowiedzieć wojnę Francji, Anglii, Niemcom i Stanom Zjednoczonym, które, budując koleje, zakładając przedsiębiorstwa górnicze, organizując kolonizację i chwytając się tym podobnych błahych pozorów, dążą do wyzucia ubogiego ludu z ziemi i przy pomocy arystokratów, tych „Gotów i paralityków”, pragną go zamienić w nędznych, zapracowanych niewolników. Leperos, rozwiewając poły swych brudnych, białych mantas, krzyczeli na znak uznania. Generał Montero — ryczał z przekonaniem Gamacho — jest jedynym człowiekiem, który może sprostać patriotycznym zadaniom. Temu również przyklasnęli.

Poranek zaczął nużyć, w tłumie już pojawiły się oznaki rozpadu, tworzyły się wiry i prądy. Niektórzy szukali cienia pod ścianami i pod drzewami alamedy. Jeźdźcy bodli konie ostrogami, pokrzykując. Sombrera, włożone płasko na głowy dla ochrony przeciwko promieniom słońca w zenicie, płynęły na boczne ulice, gdzie otwarte drzwi pulperii ziały ponętnym mrokiem, w którym rozlegały się słodkie brzęki gitar. Gwardziści narodowi myśleli o sjeście, a krasomówstwo ich komendanta Gamacha już się wyczerpała. Później, kiedy pod wieczór zrobiło się chłodniej, próbowali znów się zebrać, żeby dalej roztrząsać sprawy publiczne, ale kawaleria Montera obozująca na alamedzie uderzyła na nich pędem, mierząc długimi lancami w ich grzbiety, pierzchające ku wylotom ulic. Gwardia narodowa Sulaco była zdumiona tym postępowaniem. Ale nie szemrała. Żaden Costaguanero nie zwykł sarkać na wybryki siły zbrojnej. Należą one do naturalnego porządku rzeczy. Tym razem, jak sądzili, było to bez wątpienia jakieś zarządzenie administracyjne. Ale motywy tego zarządzenia wymykały się ich nieoświeconej inteligencji, zaś ich naczelnik i mówca, Gamacho, commandante gwardii narodowej, wypoczywał pijany na łonie rodziny. Jego bose stopy sterczały w cieniu na podobieństwo stóp trupa. Rozdziawiły się jego wymowne usta. Jego najmłodsza córka, skrobiąc się jedną ręką po głowie, powiewała zieloną gałęzią nad jego rozpalonym, uznojonym obliczem.

Rozdział VI

Chylące się słońce przesunęło z zachodu na wschód cienie rzucane przez domy miejskie. Rozpościerało cienie po całym obszarze niezmierzonego Campo z białymi ścianami haciend, które ze wzgórz górowały nad zielenią przestworów; ze słomianymi strzechami ranchos, które przysiadły w zagłębieniach na brzegach strumieni; z ciemnymi wysepkami rosochatych drzew, rozsianych po jasnym morzu traw; ze stromymi krzesanicami Kordylierów, które ogromne i nieruchome, wyłaniały się z fal niżej położonych lasów niczym jałowe wybrzeże jakiejś krainy olbrzymów. Promienie słoneczne, muskając śnieżne stoki Higueroty, nadawały im z daleka wygląd różanej młodości, natomiast szczerbate zwały odległych grani były czarne, jakby stężałe w płomiennej jasności. Rozfalowana powierzchnia lasów wyglądała jak posypana bladozłotym pyłem. W oddali, za Rincon, zasłoniętym od strony miasta dwiema lesistymi odnogami górskimi, granie czeluści San Tomé, okolone płaskim wałem gór, uwieńczonych olbrzymimi paprotnikami, mieniły się miękkimi tonami, żółtymi i brunatnymi, na których zaznaczały się rdzawe smugi i ciemna zieleń zarośli wypełniających rozpadliny. Stępory i zabudowania kopalni widniały hen, w górze, drobne i ciemne, niby gniazda ptasie uwite na krawędzi wiszarów. Zakosy ścieżek podobne były do niewyraźnych kresek wydrapanych na murze twierdzy cyklopów. Oczom dwóch serenios, czuwających z karabinami w ręku pod drzewami okalającymi strumień w pobliżu mostu, don Pépé schodzący ścieżką z górnego tarasu wydawał się nie większy od dużego chrząszcza.

Wałęsając się z pozorną bezcelowością owada po powierzchni skały, postać don Pépégo zstępowała wytrwale, kiedy zaś była już blisko podnóża, znikła za dachami magazynów, kuźnic i warsztatów. Obaj serenios przechadzali się dalej przed mostem, na którym zatrzymali jakiegoś jeźdźca trzymającego w ręce dużą białą kopertę. Po chwili spomiędzy chat wiejskiej uliczki, oddalonej od granicznego mostu zaledwie o rzut kamieniem, wynurzył się don Pépé w szerokich, ciemnych spodniach wsuniętych w cholewy, w białej płóciennej kurtce, z szablą przy boku i rewolwerem za pasem. W tych burzliwych czasach nic nie mogło zaskoczyć señora gobernadora, był zapięty na ostatni guzik.

Na lekkie skinienie jednego z serenos posłaniec z miasta zeskoczył z siodła i przeszedł przez most, prowadząc konia za uzdę.