Don Pépé wziął list z jego drugiej ręki i pomacał się dłonią po lewym boku i biodrze, szukając futerału z okularami. Umieściwszy na nosie wielkie, oprawne w srebro szkła i umocowawszy je starannie za uszami, otworzył kopertę, odsuwając ją na stopę od oczu. Papier, który z niej wyjął, zawierał ze trzy linijki pisma. Wpatrywał się w nie przez długi czas. Jego siwe wąsy poruszyły się lekko w górę i w dół, a promieniste zmarszczki zbiegły się w kącikach oczu. Skinął spokojnie głową.

Bueno246 — rzekł. — Nie będzie odpowiedzi.

Po czym we właściwy sobie, spokojny i uprzejmy sposób wdał się w ostrożną rozmowę z przybyszem, który miał chętkę pogawędzić wesoło, jak gdyby go niedawno spotkało coś pomyślnego. Widział z daleka piechotę Sotilla, obozującą wzdłuż wybrzeża portu po obu stronach Urzędu Celnego. Nie uszkodzili budynków. Cudzoziemcy, którzy budowali kolej, pozamykali się na terenach kolejowych. Nie śmieli już strzelać do biednych ludzi. Przeklinał cudzoziemców. Następnie opowiedział o wjeździe Montera i o pogłoskach krążących po mieście. Ubodzy mieli teraz stać się bogaczami. To bardzo dobra rzecz. Więcej nie wiedział, lecz uśmiechając się pojednawczo, zwierzył się, że jest spragniony i głodny. Stary major polecił mu udać się do alcada pierwszej wioski. Przybysz odjechał, zaś don Pépé, krocząc powoli w stronę małej drewnianej dzwonnicy, zajrzał przez płot do ogródka, gdzie dojrzał ojca Romana, siedzącego w białym hamaku, zawieszonym między dwoma drzewami pomarańczowymi przed kościołem.

Olbrzymi tamaryndowiec247 ocieniał biały barak swym ciemnym listowiem. Młoda dziewczyna indiańska o bujnych włosach, dużych oczach, drobnych rękach i nogach, wyniosła drewniane krzesło, podczas gdy jakaś chuda, zgryźliwa staruszka, śledziła ją cały czas z werandy. Don Pépé usiadł i zapalił cygaro; ksiądz wciągnął ogromną porcję tabaki z zagłębienia dłoni. W jego czerwonobrunatnej twarzy, zniszczonej i zapadniętej, jarzyła się para oczu, młodzieńczych i szczerych, migoczących jak czarne diamenty.

Don Pépé łagodnym i żartobliwym głosem zawiadomił ojca Romana, iż Pedrito Montero pismem, sporządzonym ręką señora Fuentesa, zwrócił się do niego z zapytaniem, na jakich warunkach zgodzi się oddać kopalnię, sprawnie działającą, legalnie ustanowionej komisji złożonej z patriotycznych obywateli, która przybędzie pod eskortą nielicznej siły zbrojnej. Ksiądz wzniósł oczy ku niebu.

— Jednakże — mówił dalej don Pépé — mozo, który przywiózł to pismo, opowiadał, iż don Carlos żyje i że dotychczas go nie nagabywano.

Ojciec Roman wyraził pokrótce swoją wdzięczność za wiadomość, że señorowi administradorowi nie stało się nic złego.

Srebrzysty głos dzwonu, rozlegający się z małej dzwonnicy, dał znać, iż godzina modlitwy minęła. Pas lasu zamykającego wejście do doliny wznosił się jak zasłona między chylącym się słońcem a wiejską uliczką. U drugiego krańca skalistego wąwozu, między ścianami z bazaltu i granitu, wznosiła się stromo lesista góra, oświetlona aż po sam szczyt, zasłaniając łańcuchy górskie przed oczyma mieszkańców San Tomé. Trzy małe, różowe obłoczki wisiały nieruchomo w bezdni błękitu. Gromadki ludzi siedziały na ulicy między opłotkami chat. Przed casa alcada przodownicy nocnej zmiany gromadzili już swych ludzi, którzy przykucnąwszy kręgiem na ziemi, pochylali brązowe grzbiety i podawali sobie z rąk do rąk pękatą butelkę z mate. Przybyły z miasta mozo przywiązał konia do drewnianego słupa przed drzwiami i opowiadał im nowiny z Sulaco, a butelka z napitkiem krążyła dalej. Przysłuchiwał się temu nawet poważny alcade, w białej przepasce na biodrach i kwiecistej perkalowej szacie z rękawami, rozpiętej tak szeroko, że odsłaniała nagość jego okazałej postaci niczym pstry płaszcz kąpielowy. Na głowie miał kapelusz ze spilśnionego sukna, a w dłoni dzierżył długą laskę ze srebrną gałką. Te odznaki jego godności wręczono mu w zarządzie kopalni, tej krynicy zaszczytów, pomyślności i pokoju. Był jednym z pierwszych, którzy przybyli do tej doliny; jego synowie i zięciowie pracowali we wnętrzu góry, która po rynnach, dudniących od rudy, zdawała się zsyłać wraz z swymi skarbami dary dobrobytu, bezpieczeństwa i sprawiedliwości uznojonym pracownikom. Przysłuchiwał się nowinom z miasta ciekawie i obojętnie, jakby dotyczyły one jakiegoś, obcego mu świata. I rzeczywiście tak mu się wydawało. W ciągu paru zaledwie lat rozwinęło się w tych udręczonych, półdzikich Indianach poczucie przynależności do potężnej organizacji. Byli dumni z kopalni i przywiązali się do niej. Pozyskała ich zaufanie i wiarę. Wyposażyli ją opiekuńczą, niepokonalną moc, jak gdyby była fetyszem wykonanym ich własnymi rękami. Byli ciemni i nie różnili się zresztą zbytnio od reszty ludzi, którzy pokładają niezmierne zaufanie w tym, co sami stworzyli. Alcade nie mieściło się w głowie, żeby opiekuńcza potęga kopalni mogła kiedykolwiek zawieść. Polityka była w sam raz dla ludzi z miasta i z Campo. Żółta, okrągła twarz alcada o szerokich nozdrzach, niezmienna w wyrazie, przypominała księżyc w pełni. Słuchał gorączkowych majaczeń moza bez podejrzliwości, bez zdumienia, bez jakiegokolwiek czynnego odruchu.

Ojciec Roman kołysał się przygnębiony, dotykając stopami ziemi i czepiając się rękami brzegów hamaku. Mniej ufny, ale równie nieświadomy jak jego owieczki zapytywał majora, co się, jego zdaniem, teraz stanie.

Don Pépé, siedząc prosto na krześle, wsparł spokojnie ręce na rękojeści szabli i odrzekł, że nie wie. Kopalni można by bronić przeciw wojsku, które by wysłano w celu jej opanowania. Mając jednak na uwadze jałowość doliny, trzeba się liczyć z możliwością, iż gdyby odcięto dowóz od strony Campo, ludność trzech wsi mogłaby zostać zmuszona głodem do uległości. Don Pépé wyłuszczał spokojnie te okoliczności ojcu Romanowi, który służył niegdyś w wojsku, więc mógł podążać za rozumowaniami zawodowego oficera. Rozmawiali prosto i szczerze. Ojciec Roman martwił się myślą, że jego owieczki mogą się rozproszyć lub popaść w niewolę. Nie miał złudzeń co do ich losu, nie z przenikliwości, lecz z długiej znajomości okrucieństw politycznych, które wydawały się mu fatalnością i koniecznością w istnieniu państwa. Działalność zwykłych urzędów publicznych przedstawiała się mu nader wyraziście jako seria klęsk spadających na jednostki, nieszczęść przenoszących się logicznie z jednej na drugą drogą nienawiści, odwetu, szaleństwa i drapieżności, na podobieństwo dopustu bożego. Jasnowidzenie ojca Romana miało na usługi niewykształconą inteligencję, ale jego serce, które zachowało tkliwość wśród obrazów rzezi, przemocy i grabieży, wzdrygało się przed tymi okropnościami tym bardziej, im silniejsze więzy łączyły go z ofiarami. W stosunku do Indian z doliny miał uczucie ojcowskiej pogardy. Od pięciu z górą lat chrzcił, udzielał ślubów, spowiadał, rozgrzeszał i grzebał robotników z kopalni San Tomé z godnością i namaszczeniem; wierzył w świętość tych obrzędów, które w znaczeniu duchowym czyniły ich jego podwładnymi. Byli mu drodzy, dając mu poczucie kapłańskiej wyższości. Szczera troskliwość, jaką okazywała pani Gould temu ludowi, zwiększała jego znaczenie w oczach księdza, zwiększając zarazem jego własne. Rozmawiając z nią o niezliczonych Mariach i Brygidach z górniczych wiosek, czuł, że rozwija się w nim własne człowieczeństwo. Padre Roman był niezdolny do fanatyzmu w stopniu niemal nagannym. Angielska señora była oczywiście heretyczką, ale równocześnie wydawała się mu anielską, przedziwną istotą. Ilekroć przydarzał się mu taki zamęt w uczuciach, na przykład, kiedy z brewiarzem pod pachą przechadzał się w cieniu wielkiego tamaryndowca, przystawał i prychając mocno, zażywał potężną porcję tabaki, po czym potrząsał głową z zamyśleniem. Myśląc, co może się teraz stać z tą szlachetną señorą, wpadał stopniowo w coraz większe przerażenie. Odzywał się podnieconymi pomrukiem. Nawet don Pépé stracił na chwilę swój pogodny spokój. Pochylił się sztywno naprzód.