— Posłuchajcie no, padre. Już to samo, że te złodziejskie małpy ze Sulaco są skłonne do targów o mój honor, świadczy, że don Carlosowi i domownikom Casa Gould nic nie grozi. Co do mego honoru, to jest on także pewny, jak o tym wiadomo wszystkim mężczyznom, kobietom i dzieciom. Ale nie wiedzą o tym murzyńscy liberałowie, którzy zagarnęli miasto podstępem. Niech sobie siedzą i czekają. Czekając, nie zrobią nic złego.
Odzyskał równowagę ducha. Odzyskał ją łatwo, gdyż bez względu na to, co się stanie, jego honor, honor starego oficera Paeza, będzie nietknięty. Przyrzekł Charlesowi Gouldowi, iż kiedy zbliży się jakiejkolwiek siła zbrojna, będzie bronił wąwozu tak długo, ile będzie potrzeba na wysadzenie za pomocą potężnych ładunków dynamitu całego miejsca, budynków i warsztatów kopalni, zawalenie gruzem głównego szybu, zniszczenie dróg, zburzenie tamy wodnej, doszczętne rozbicie słynnej koncesji Gouldów, która wyleci w powietrze na oczach struchlałego świata. Charles Gould dzierżył kopalnię z tą samą straszliwą zaciętością, z jaką kiedyś narzucono ją jego ojcu. Mimo to ostateczność tego rodzaju była dla don Pépégo najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem. Przygotował wszystko z namysłem i troskliwą starannością. Toteż teraz oparł ręce spokojnie na rękojeści szabli i kiwał głową ku księdzu. Podniecony ojciec Roman całymi garściami zażywał tabakę, aż wreszcie umazany nią, zerwał się z hamaka i z zaokrąglonymi oczyma zaczął się przechadzać, z niepokojem rzucając pojedyncze wyrazy.
Don Pépé pogładził swe siwe, bujne wąsy, których cienkie końce zwisały poniżej jego szlachetnie zarysowanych szczęk, po czym rzekł z dumnym poczuciem własnej reputacji:
— Tak jest, padre, nie wiem, co się stanie. Ale wiem, że jak długo jestem tutaj, don Carlos może rozmawiać z tą małpą, Pedritem Montero, i grozić zniszczeniem kopalni z całą pewnością, iż będzie to brane poważnie. Bo ludzie mnie znają.
Zaczął obracać cygaro w ustach z niejaką nerwowością, po czym mówił dalej:
— Ale to wszystko gadanie, dobre dla politicos. Ja jestem żołnierzem. Nie wiem, co może się stać. Ale wiem, co należy zrobić. Kopalnia powinna ruszyć na miasto z karabinami, toporami, nożami na kijach, por Dios! Oto co należałoby zrobić. Tylko że...
Jego złożone na rękojeści ręce drgnęły. Cygaro obróciło się szybciej w kąciku ust.
— A któż będzie mógł poprowadzić? Tylko ja. Na nieszczęście — zauważcie — dałem słowo honoru don Carlosowi, że nie dopuszczę, żeby kopalnia wpadła w ręce tych złodziei. Na wojnie, jak wiecie, fortuna kołem się toczy, a któż tu zostanie, żeby mnie zastąpił w razie klęski? Materiały wybuchowe są przygotowane. Potrzeba jednak człowieka o wielkim poczuciu honoru, inteligentnego, roztropnego i odważnego, który by dokonał przygotowanego zniszczenia. Człowieka, którego honorowi mógłbym zaufać jak swojemu. Na przykład innego dawnego oficera Paeza. A może... może mógłby nim być któryś z dawnych kapelanów Paeza?
Wstał, wysoki, szczupły, krzepki, z marsowym wąsem i kościstą budową twarzy, z której spojrzenie głęboko osadzonych oczu zdawało się przeszywać księdza, który stał nieruchomo, z pustą, drewnianą tabakierką w opuszczonej ręce, i spoglądał bez słowa na gubernatora kopalni.