Odrodzony capataz, z łokciami na kolanach i pięściami wgniecionymi w policzki, zaśmiał się z siebie samego i splunął z niesmakiem gdzieś w cienie nocy. Nieokreślone wewnętrzne wrażenie powszechnego rozpadu, które ogarnia egoistyczną naturę przy każdym silniejszym powściągnięciu władającej nią namiętności, mają w sobie gorycz, która nie różni się od goryczy śmierci. Był naturą prostą. Gotów był ulec jakiejkolwiek wierze, zabobonowi lub żądzy — niby dziecko.

Położenie, w jakim się znalazł, oceniał po męsku, z dokładną znajomością kraju. Widział je jasno. Był jak człowiek, który otrzeźwiał po długim pijaństwie. Wyzyskiwano jego wierność. Skłonił bractwo cargadorów do stanięcia po stronie blancos przeciwko ludowi, naradzał się z don Josém, z ramienia ojca Corbelana prowadził układy z Hernandezem, wiadomo było również, iż don Martin Decoud pozwalał mu na pewną zażyłość i swobodne zachodzenie do redakcji „Porveniru”. Wszystko to schlebiało mu w zwykły u niego sposób. Co go obchodziła ich polityka? Zgoła nic. A w końcu, Nostromo tu, Nostromo tam, gdzie jest Nostromo? Nostromo może zrobić to i owo, pracować za dnia i pędzić na koniu nocą — i ani się spostrzegł, kiedy został niewątpliwym ribierzystą, narażonym na mściwość takiego na przykład Gamacha, zwłaszcza teraz, kiedy stronnictwo Montera zawładnęło miastem. Europejczycy dali za wygraną, caballeros dali za wygraną. Wprawdzie don Martin tłumaczył mu, że dzieje się to tylko chwilowo, że jedzie, by sprowadzić Barriosa na pomoc. A cóż z nią będzie, skoro don Martin (którego ironiczny sposób przemawiania zawsze niemile dotykał capataza) jest rozbitkiem na Wielkiej Izabeli? Wszyscy odstąpili. Nawet don Carlos dał za wygraną. Pospieszne wywiezienie skarbu dowodziło tego dobitnie. Capataz de cargadores pod wpływem przewrotu, jaki nastąpił w jego osobowości, zwątpił niemal do obłędu i patrzył na cały swój świat bez wiary i odwagi. Został zdradzony!

Mając za sobą niezmierzone mroki oceanu, a przed sobą wyniosłe szczyty niższych szczytów skupionych dokoła białego, zamglonego blasku Higueroty, Nostromo zaśmiał się głośno z głębi swego bezruchu i milczenia, zerwał się śpiesznie na nogi i stanął jak wryty. Musiał iść. Ale dokąd?

— To nie pomyłka! Trzymają nas i szczują, żebyśmy jak psy polowali i zagryzali się w ich służbie. Vecchio ma rację — rzekł powoli, złowrogo. Przypomniał sobie, jak stary Giorgio wyjął fajkę z ust i rzucił przez ramię te słowa w głąb kawiarni pełnej maszynistów i ślusarzy z warsztatów kolejowych. Ten obraz podziałał decydująco na jego chwiejne zamysły. Postara się odszukać starego Giorgia, jeśli będzie mógł. Bóg wie, co się z nim stało! Postąpił parę kroków przed siebie, po czym znów przystanął i potrząsnął głową. Przed nim i za nim, na lewo i na prawo liche chaszcze tajemniczo szemrały w ciemnościach.

— Teresa też miała słuszność — dorzucił przyciszonym, pełnym lęku głosem. Był ciekaw, czy już umarła, pogniewana na niego, czy też jeszcze żyje. Jakby w odpowiedzi na tę myśl na poły wyrzutu, a na poły nadziei, przecięła mu drogę wielka sowa, miękko łopocząc skrzydłami w skośnym locie, jak duża ciemna czarna kula, krzycząc przeraźliwie: „Ya-acabo! Ya-acabo!”, co znaczy „skończyło się, skończyło się” i wedle zabobonu ludowego zwiastuje śmierć i nieszczęście. Ponieważ upadło wszystko, co stanowiło o jego sile, poddał się przesądowi i drgnął z lekka. A więc signora Teresa umarła. To nie mogło oznaczać nic innego. Wrzask złowieszczego ptaka, ten pierwszy odzew, jaki go doleciał po powrocie, był właściwym pozdrowieniem dla jego zawiedzionej osobowości. Niewidzialne moce, które obraził, nie chcąc przywołać księdza do umierającej kobiety, podnosiły głos przeciw niemu. Umarła! Z zadziwiającym, głęboko ludzkim sposobem wnioskowania naginał wszystko do siebie. Była zawsze kobietą dobrej rady. A osieroconego, starego Giorgia strata ogłuszyła właśnie w chwili, kiedy miał zamiar zasięgnąć wskazówek jego mądrości. Ten cios otumani marzycielskiego starca na jakiś czas.

Co do kapitana Mitchella, to Nostromo zwyczajem zaufanych podwładnych uważał go za człowieka, który dzięki wykształceniu może wydawać rozkazy i podpisywać papiery w biurze, ale poza tym jest zupełnie nieużyteczny i nieco głupi. Konieczność codziennego owijania sobie dokoła małego palca pompatycznej, dziwacznej figury nadętego starego marynarza, zaczęła stopniowo drażnić Nostroma. Zrazu dawała mu wewnętrzne zadowolenie. Jednak konieczność pokonywania drobnych przeszkód przykrzy się ludziom pewnym siebie, zarówno z powodu pewności powodzenia, jak i monotonii wysiłków. Podejrzliwie patrzył na skłonności swego przełożonego do kapryśnych działań. „Ten stary Anglik nie ma zdrowego rozsądku”, powiadał do siebie. Niepodobna było przypuszczać, żeby zapoznawszy się z rzeczywistym stanem rzeczy, mógł tę wiadomość zachować dla siebie. Zacząłby mówić o wykonaniu niewykonalnych rzeczy. Nostromo bał się go, jak zazwyczaj boją się ludzie obarczenia jakimś przewlekłym kłopotem. Kapitan Mitchell nie był dyskretny. Zdradziłby skarb. A Nostromo postanowił sobie, iż skarb nie może być zdradzony.

Słowo „zdrada” zapuściło korzenie w jego umyśle. Jego wyobraźnia uchwyciła się jasnego i prostego pojęcia zdrady, by uzasadnić oszałamiające wrażenie oświecenia, iż nieświadomie zszedł ze swojej ścieżki, by wziąć udział w sprawie, w której jego osobowości nie brano pod uwagę. Człowiek zdradzony jest człowiekiem unicestwionym. Signora Teresa (niechaj światłość wiekuista świeci nad jej duszą!) miała słuszność. Nigdy się z nim nie liczono. Zdradzony! Jej biała postać skulona w łożu, rozwiana czerń włosów, szerokie czoło cierpiącej, wzniesionej ku niemu twarzy, ognisty zapał jej przepowiedni, wszystko to wydawało się mu obecnie majestatyczne grozą jasnowidzenia i śmierci. Nie na próżno ptak nieszczęścia złowrogim wrzaskiem odezwał się nad jego głową. Umarła, niechaj jej świeci światłość wiekuista!

Podzielając antyklerykalne, wolnomyślne poglądy mas, posługiwał się tą pobożną formułą z powierzchowną siłą nawyku, ale z głęboko zakorzenioną szczerością. Dusza ludu niezdolna jest do sceptycyzmu; ta niezdolność rzuca jego bezradną moc na pastwę krętactwa oszustów i bezlitosnego entuzjazmu przywódców natchnionych wizjami szczytnego przeznaczenia. Umarła. Ale czy raczy Bóg zmiłować się nad jej duszą? Umarła bez spowiedzi i rozgrzeszenia, ponieważ on nie chciał poświęcić jej jeszcze jednej chwili swego czasu. Jego odraza do księży jako księży pozostała, lecz mimo wszystko nie mógł wiedzieć, czy to, co oni utrzymują, nie jest prawdą. Moc, kara, przebaczenie są prostymi i wiarygodnymi pojęciami. Świetny capataz de cargadores, pozbawiony prostych realiów, jak zachwyt kobiet, pochlebstwa mężczyzn, podziwianego rozgłosu, był gotów poczuć, iż brzemię świętokradzkiej winy zwala się na jego barki.

Z gołą głową, w cienkiej koszuli i spodniach, czuł pod stopami kojące ciepło miałkiego piasku. Wąskie pasmo plaży majaczyło w oddali długą krzywizną, obrysowując kontury dzikiego ustronia po tej stronie portu. Mknął wzdłuż brzegu jak ścigany cień, między posępnymi gąszczami palmowymi a tonią wodną, która roztaczała się po jego prawej ręce, tak spokojna jak śmierć. Biegł w samotności i ciszy z opętańczym pośpiechem, jak gdyby wyzuty z wszelkiej rozwagi i ostrożności. Wiedział, iż po tej stronie wody nie musi się obawiać wykrycia. Jedynym mieszkańcem był samotny, małomówny, apatyczny Indianin, który miał opiekował się gajem palmowym i zanosił niekiedy do miasta trochę orzechów kokosowych na sprzedaż. Żył bez kobiety, w otwartym szałasie, gdzie stale buzował ogień z suchego chrustu, rozwlekając swe dymy opodal starej łodzi leżącej dnem do góry na piasku. Nietrudno było go uniknąć.

Szczekanie psów dokoła szałasu było pierwszą rzeczą, która przykróciła jego pośpiech. Zapomniał o psach. Skręcił z miejsca i zaszył się w gąszcz palm jak w matecznik kolumn jakiejś niezmierzonej sali, której nieprzenikniona ciemność zdawała się szeptać i cicho szumieć nad jego głową. Przedarł się przez nią, wszedł do jakiejś rozpadliny i wspiął się na szczyt stromego szczytu, niepokrytego drzewami ani chaszczami.