Z tego miejsca ujrzał równinę między miastem a przystanią, otwartą i majaczącą w poświacie gwiezdnej. W roztaczających się powyżej lasach jakiś nocny ptak odzywał się dziwnie bębniącym klekotem. Poniżej palmowego gaju, na brzegu, psy Indianina ujadały dalej zaciekle. Zastanawiał się, co je tak bardzo rozdrażniło, i rozglądając się ze swego wzniesienia, zauważył ze zdumieniem jakieś niewytłumaczalne poruszenia, jak gdyby poruszało się kilka podłużnych połaci równiny. Te czarne, chwiejne plamy, na przemian ukazujące się, to znów niknące z oczu, zmieniały miejsce, stale oddalając się od portu, wywołując wrażenie jakiegoś ciągłego ładu i celowości. Zaświtało mu w głowie. Była to kolumna piechoty, która nocnym marszem zdążała w kierunku wyżej położonej, pobrużdżonej połaci kraju, u podnóża wzgórz. Wszystko było dla niego nadal zbyt ciemne, by mógł się dziwić lub zastanawiać.

Równina odzyskała swą mroczną nieruchomość. Zszedł ze wzgórza i znalazł się w otwartym pustkowiu między portem a miastem. Jego rozległość, które wskutek ciemności wydawała się bezkresna, dawała mu silniej uczuć jego głęboką samotność. Zwolnił kroku. Nikt go nie oczekiwał, nikt o nim nie myślał, nikt nie oczekiwał ani nie pragnął jego powrotu. „Zdradzony, zdradzony!” — mamrotał do siebie. Nikomu na nim nie zależało. Mógł przecież utonąć, a nikt by się nie zmartwił, prócz może dzieci, pomyślał sobie. Ale one były u angielskiej signory i w ogóle o nim nie myślały.

Zawahał się w swym postanowieniu, żeby pójść wprost do Casa Viola. Po co? Czegóż może tam się spodziewać? Życie zawodziło go w wszystkim, do najdrobniejszego szczegółu, zgodnie z pogardliwymi przepowiedniami Teresy. Boleśnie odczuwał swą rozterkę. Czy to był ten wyrzut sumienia, który mu przepowiadała, zanim wyzionęła ostatnie tchnienie?

Tymczasem zszedł z prostej drogi, zbaczając jakby instynktownie na prawo, w stronę molo i portu, które były widownią jego codziennego trudu. Długi budynek Urzędu Celnego wyłonił się nagle niby mury jakiejś faktorii. Nikt nie go zatrzymał, kiedy się zbliżył. Gdy podszedł ostrożnie od frontu, zaciekawił go nieoczekiwany widok dwu oświetlonych okien.

Te dwa okna, jarzące się blado od strony portu z ogromu opuszczonego budynku, wywoływały wrażenie, jakby jakiś tajemniczy człowiek czuwał tam samotnie. Pustka była niemal wyczuwalna. Silny swąd spalonego drzewa ział z nikłego obłoczku, ledwie dostrzegalnego dla jego oczu na tle migoczących gwiazd. Ćwierkanie nieprzeliczonych świerszczy w suchej trawie zdawało się niemal przytępiać jego wytężony słuch, gdy stąpał z wolna w głębokim milczeniu. Idąc krok za krokiem, znalazł się w wielkiej hali, posępnej i pełnej gryzącego dymu.

Ognisko ułożone przy schodach wypaliło się bezsilnie, pozostawiając niewielką kupkę perzyny. Twarde drzewo schodów nie zajęło się ogniem. Tliło się tylko kilka dolnych stopni, po ich zwęglonych krawędziach pełzały iskry. U szczytu schodów ujrzał smugę światła padającą z otwartych drzwi. Światło to padało na obszerny podest, zamglony powoli wnoszącym się dymem. To był ten pokój. Zaczął wchodzić na schody, lecz zatrzymał się nagle, gdy na jednej ze ścian pokoju dostrzegł cień człowieka. Był to bezkształtny cień jakiejś barczystej osoby, która stała nieruchomo ze spuszczoną głową poza zasięgiem jego wzroku. Capataz, uprzytomniwszy sobie, że jest zupełnie bezbronny, usunął się w bok i ukryty w ciemnym kącie, czekał, nie spuszczając oczu z drzwi.

Całe ogromne wnętrze zrujnowanego, niewykończonego budynku, bez sufitów pod więźbą wysokiego dachu, wypełniał dym. Snuł się nikłymi, splątanymi pasmami, igrając w mroku wysokich pokojów i korytarzy wielkich jak stodoły. Jakaś rozkołysana okiennica uderzyła o ścianę z ostrym, urwanym trzaskiem, jak gdyby pchnięta niecierpliwą ręką. Przed próg potoczył się z szelestem jakiś papier, nie wiadomo skąd. Kimkolwiek był nieznany człowiek, nie zacieniał swoją sylwetką oświetlonego wejścia. Capataz dwukrotnie wykradał się na kilka kroków ze swojego kąta i wyciągał szyję, mając nadzieję, że zobaczy, co ten ktoś robi tak cicho w pokoju, lecz za każdym razem dostrzegał tylko zniekształcony szerokich barków i pochylonej głowy. Widocznie nic nie robił i nie ruszał się z miejsca, jak gdyby rozmyślał lub może coś czytał. Z pokoju nie dobiegał żaden dźwięk.

Capataz raz jeszcze się cofnął. Zastanawiał się, kto to był, czyżby jakiś monterysta? Ale bał się pokazać. Gdyby przed upływem wielu dni zauważono jego obecność na wybrzeżu, skarb, jego zdaniem, znalazłby się w niebezpieczeństwie. Ponieważ ta tajemnica zawładnęła całą jego duszą, uważał za rzecz niemożliwą, żeby ktokolwiek ze Sulaco nie wpadł na właściwy domysł. Po jakichś kilku tygodniach wyglądałoby to inaczej. Czy kto mógłby zaprzeczyć, iż nie powrócił przez góry z jakiegoś portu poza obrębem republiki? Istnienie skarbu mąciło jego myśli jakąś osobliwą troską, jak gdyby było z nim związane jego własne życie. To spowodowało, że czuł lęk, stojąc przed tymi oświetlonymi, zagadkowymi drzwiami. Niech diabli wezmą tego hultaja! Nie chce go wcale widzieć. Nie dowie się niczego z jego twarzy, znajomej czy nieznajomej. Był głupcem, marnując tu czas na czekaniu!

W niespełna pięć minut po wśliznięciu się do budynku capataz przystąpił do odwrotu. Zszedł bez najmniejszej przeszkody po schodach, raz jeszcze zerknął przez ramię na oświetlony podest i przebiegł chyłkiem przez sień. Ale w chwili, kiedy wychodził przez wielkie drzwi, zaprzątnięty myślą, jak niepostrzeżenie ujść uwagi człowieka z góry, nagle z impetem wpadł na niego ktoś, kogo nie usłyszał, kto biegł szybko wzdłuż ściany frontowej. Obaj wydali stłumiony okrzyk zdumienia, odskoczyli od siebie i zatrzymali się, nie widząc siebie nawzajem dokładnie. Nostromo nie odezwał się. Natomiast ten drugi przemówił przerażonym i struchlałym głosem:

— Kto to?