Nostromo od razu wydawało się, iż poznaje doktora Monyhgama. Teraz nie miał już wątpliwości. Zawahał się na jedno mgnienie. Przyszło mu do głowy, by uciec, nie mówiąc ani słowa. Po co? Niepojęta odraza do wymówienia nazwiska, pod którym był znany, nieco przedłużyła jego milczenie. W końcu odezwał się cichym głosem:

Cargador.

Podszedł do tamtego. Doktor Monygham doznał wstrząsu. Poderwał w górę ramiona i krzyknął na całe gardło, nie posiadając się ze zdziwienia, pod wrażeniem niesłychanego dziwu tego spotkania. Nostromo przestrzegł go gniewnie, by nie podnosił głosu. Urząd Celny nie jest tak pusty, jak się wydaje. Jest tam ktoś w oświetlonym pokoju na górze.

Nie ma cechy w fakcie dokonanym bardziej ulotnej od wrażenia jego niezwykłości. Umysł ludzki, znużony nieustannym rozważaniem swoich pragnień i obaw, naturalnym porządkiem rzeczy odwraca się od niezwykłej strony wydarzeń. Było też rzeczą najnaturalniejszą pod słońcem, iż doktor zapytał człowieka, o którym jeszcze przed dwiema minutami był przekonany, że pochłonęły go tonie zatoki:

— Widział pan kogoś na górze? Naprawdę?

— Nie, nie widziałem.

— To skąd pan wie, że tam ktoś jest?

— Uciekałem przed jego cieniem, gdyśmy się spotkali.

— Przed jego cieniem?

— Tak. Jego cieniem w oświetlonym pokoju — odparł Nostromo pogardliwym tonem. Założywszy ramiona, oparł się o ścianę ogromnego budynku, zwiesił głowę i zaciął z lekka usta, nie patrząc na doktora. „No — myślał w duszy — teraz zacznie mnie wypytywać o skarb”.