Ale myśli doktora były zaprzątnięte innym zdarzeniem, nie tak dziwnym jak ukazanie się Nostroma, lecz w swej istocie znacznie mniej zrozumiałym. Dlaczego Sotillo oddalił się wraz z całym swym oddziałem tak nagle i po kryjomu? Co zwiastowało to odejście? Zaraz jednak błysnęło doktorowi w głowie, iż ten ktoś na górze może być oficerem, pozostawionym przez zawiedzionego pułkownika, żeby się z nim porozumiał.
— Zdaje mi się, iż on czeka na mnie — rzekł.
— To możliwe.
— Muszę to sprawdzić. Niech pan jeszcze nie odchodzi, capatazie.
— Dokąd miałbym odejść? — odburknął Nostromo.
Ale doktor już znikł. Pozostał więc sam, oparty o ścianę i zapatrzony na ciemne wody przystani. Ćwierkanie świerszczy wypełniało mu uszy. Przemożny zamęt opanował jego myśli i odjął im władzę powodowania wolą.
— Capatazie, capatazie! — odezwał się z góry naglący głos doktora.
Poczucie zdrady i ruiny unosiło się na na jego posępnej obojętności jak w ospałej kałuży smoły. Wychylił się jednak spod ściany i spojrzawszy w górę, ujrzał doktora Monyghama, stojącego w oświetlonym oknie.
— Niech pan tu przyjdzie i zobaczy, co zrobił Sotillo. Nie potrzebuje pan bać się człowieka, który tu jest.
Odpowiedział nikłym, gorzkim uśmiechem. Bać się człowieka! Capataz cargadorów z Sulaco miałby bać się jakiegoś człowieka! Rozgniewało go, iż komuś mogło przyjść na myśl coś podobnego. Gniewało go, że jest bezbronny, przyczajony w ukryciu i narażony na niebezpieczeństwa z powodu tego przeklętego skarbu, który tak mało znaczył dla ludzi, którzy mu go uwiązali u szyi. Nie mógł się otrząsnąć z niepokoju o niego. Dla Nostroma doktor był przedstawicielem wszystkich tych ludzi... A nawet o niego nie zapytał. Ani słowa pytania o najrozpaczliwszy czyn jego życia!