Tak rozmyślając, Nostromo przeszedł znów podobną do jaskini sień, gdzie dym tymczasem mocno się przerzedził i unosił się po schodach, które teraz już nie parzyły go w stopy, ku smudze światła u szczytu. Doktor ukazał się na chwilę w tym świetle, podniecony i zniecierpliwiony.
— Niech pan wejdzie! Niech pan wejdzie!
Przekraczając próg, capataz doznał wstrząsu zdumienia. Mężczyzna się nie poruszył. Jego cień pozostał w tym samym miejscu. Nostromo wzdrygnął się, po czym wszedł do pokoju z wrażeniem, iż jest bliski rozwiązania zagadki.
Była bardzo prosta. W niewymiernym ułamku sekundy, pod światło dwu rozmigotanych i okapanych świec, poprzez cienką, błękitnawą, gryzącą w oczy zasłonę dymu, ujrzał mężczyznę stojącego w postawie, w jakiej go sobie wyobrażał, odwróconego plecami do drzwi i rzucającego ogromny, zniekształcony cień na ścianę. Szybciej niż mgnienie błyskawicy nastąpiło inne wrażenie: jego ciało miało wymuszoną pozycję i zdawało się przewracać, barki były wysunięte naprzód, głowa nisko opuszczona na piersi. Potem zauważył, iż miał on ramiona od tyłu wykręcone tak straszliwie, iż zaciśnięte i skrępowane razem pięści znajdowały się powyżej łopatek. Jednym rzutem oka dojrzał rzemień, który od skrępowanych przegubów biegł w górę i przerzucony przez potężną belkę, napinał się dalej w dół aż do wbitego w ścianę haka. Nie potrzebował już patrzeć na stężałe nogi, na obwisłe bezwładnie stopy, których nagie palce znajdowały się o jakichś sześć cali nad podłogą, by domyśleć się, że człowieka tego torturowano aż do utraty przytomności.
Pierwszym jego odruchem było rzucić się naprzód i jednym zamachem przeciąć rzemień. Sięgnął po nóż. Nie miał noża przy sobie — nie miał nawet noża. Stał drżący, zaś doktor, który skulony opierał się o stół i kryjąc brodę w dłoni, patrzył w zamyśleniu na to okrutne i żałosne widowisko, odezwał się bezsilnie:
— Torturowano go, potem zabito strzałem w pierś. Już stygnie...
Te słowa uspokoiły capataza. Jedna ze świec, migoczących w lichtarzu, zgasła.
— Kto to zrobił? — zapytał.
— Sotillo, mówię panu! Któż by inny? Rozumiem, że torturował. Ale po co zastrzelił? — Doktor patrzył uparcie na Nostroma, który lekko wzruszył ramionami. — A niech pan zauważy, że zastrzelił nagle, pod wpływem impulsu. To się rzuca w oczy. Chciałbym znać jego tajemnicę.
Nostromo postąpił naprzód i zatrzymał się, by rzucić okiem.