— Zdaje mi się, że już gdzieś widziałem tę twarz — mruknął. — Kto to?

Doktor zwrócił znów ku niemu spojrzenie.

— Byłbym niemal skłonny zazdrościć mu jego losu. Co pan o tym myśli, capatazie, hę?

Ale Nostromo nie dosłyszał nawet tych słów. Chwyciwszy pozostałą świeczę, podsunął ją pod obwisłą głowę. Doktor siedział pogrążony w zadumie, z nieprzytomnym wyrazem oczu. Wtem ciężki, żelazny lichtarz spadł z brzękiem na podłogę, jakby wytrącony z ręki Nostroma.

— Co się stało? — krzyknął doktor, podnosząc oczy z przerażeniem. Usłyszał, że capataz zatoczył się na stół i zaczął ciężko dyszeć. Gdy światło nagle zgasło, martwa ciemność, która zasklepiała wnęki okien, ożyła gwiazdami.

— Rozumiem, rozumiem! — mamrotał do siebie po angielsku doktor. — To wystarcza, żeby wyleźć ze skóry.

Nostromo czuł, że serce podchodzi mu do gardła. Kręciło mu się w głowie. Hirsch! Ten człowiek to Hirsch! Chwycił się mocno krawędzi stołu.

— Ależ on ukrywał się na lichtudze! — wrzasnął niemal. Głos mu się załamał. — Na lichtudze i... i...

— A Sotillo przyprowadził go tutaj — rzekł doktor. — Widok tego człowieka nie może być bardziej zaskakujący dla pana, niż pański widok był dla mnie. Chciałbym tylko wiedzieć, w jaki sposób zdołał skłonić czyjąś miłosierną duszę, że skrócono mu mękę strzałem.

— Więc Sotillo wie... — zaczął Nostromo bardziej opanowanym głosem.