Nostroma mierziła zgryźliwość, z jaką doktor natrząsał się z jego rozgłosu. Lekka ironiczne uznanie wyrażane przez Decouda niepokoiło go, a zażyłość z człowiekiem takim jak don Martin mu pochlebiała, podczas gdy doktor był dla niego niczym. Pamiętał go jako bezdomnego włóczęgę, który wałęsał się chyłkiem po ulicach Sulaco, nie mając przyjaciół ani znajomych, zanim don Carlos Gould nie przyjął go do służby w kopalni.
— Jest pan może bardzo mądry — mówił dalej w zamyśleniu, zapatrzony w ciemność pokoju, przenikniętego wstrząsającą tajemnicą torturowanego i uśmierconego Hirscha. — Ale nie jestem już taki głupi, jak kiedy odjeżdżałem. Dowiedziałem się odtąd jednej rzeczy, mianowicie, że jest pan niebezpiecznym człowiekiem.
Doktor Monygham doznał zbyt silnego wstrząsu, by zdobyć się na coś więcej od okrzyku:
— Co pan powiedział?
— Gdyby on mógł mówić, powiedziałby zapewne to samo — ciągnął Nostromo, kiwając swą ciemną głową, która zarysowywała się na tle rozgwieżdżonego nieba za oknem.
— Nie rozumiem pana — odezwał się doktor Monygham słabym głosem.
— Nie? Gdyby nie utwierdził pan Sotilla w jego szalonych przypuszczeniach, może nie pośpieszyłby się tak bardzo z torturowaniem tego nieszczęsnego Hirscha.
Doktor poderwał się na te słowa. Ale poświęcenie dla miłości, pochłaniające całą jego uczuciowość, uczyniło jego serce nieczułym na żal i wyrzuty. By jednak sobie zupełnie ulżyć, czuł potrzebę odparcia zarzutu głośno i pogardliwie:
— Ba! I pan śmie to mówić, gdy chodzi o człowieka takiego jak Sotillo! Przyznaję, że nie pomyślałem o Hirschu. Zresztą, i tak by to nie pomogło. Każdy rozumie, iż ten nieszczęśliwy tchórz był skazany od chwili, kiedy uczepił się kotwicy. Był skazany, powiadam panu! Podobnie jak ja jestem skazany, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa.
Tak odparł doktor Monygham na uwagę Nostroma, która była dość słuszna, by targnąć jego sumieniem. Nie był człowiekiem zatwardziałym. Ale wobec konieczności, wielkości i znaczenia zadania, które wziął na siebie, nikły wszystkie czysto ludzkie względy. Podjął go się z fanatyzmem. Nie lubił go. Mierziło go okłamywanie i oszukiwanie nawet najpodlejszych ludzi. Mierziło go z instynktu, tradycji, wychowania. Popełniać takie czyny, udając zdrajcę, było odrażające dla jego natury i okropne dla jego uczuć. Zdobył się na to poświęcenie w duchu pokory. Powiedział sobie gorzko: „Tylko ja jeden nadaję się do tej brudnej roboty”. I wierzył w to. Prostoduszność jego była tego rodzaju, iż chociaż nie przychodziło mu na myśl szukać bohaterskiej śmierci, to jednak śmiertelne niebezpieczeństwo, na które się narażał, działało na niego podtrzymująco i pokrzepiająco. W tym stanie ducha los Hirscha wydawał się cząstką wszechokrucieństwa porządku rzeczy. Zastanawiał się nad tym epizodem z praktycznego punktu widzenia. Jakie było jego znaczenie? Czy była to oznaka jakiejś niebezpiecznej zmiany w zaślepieniu Sotilla? Doktor nie mógł zrozumieć, dlaczego ten człowiek został zabity w taki właśnie sposób.