Pułkownik, chwyciwszy głowę w dłonie, zatoczył się, jakby dotknięty zawrotami głowy. Błysk tchórzliwej intuicji poddał mu wykręt, nieobcy europejskim mężom stanu, gdy chcą odroczyć trudne rokowania. Nie zdejmując butów z ostrogami, wlazł do hamaku z pozbawionym godności pośpiechem. Jego urodziwa twarz pożółkła od ciężaru trosk, kształtny nos się zaostrzył, zuchwałe nozdrza zaklęsły i zmalały. Aksamitny, pieszczotliwy połysk jego pięknych oczu przygasł i uległ jakby rozstrojowi, bowiem te omdlewające oczy o kształcie migdału były teraz przekrwione wskutek złowrogiej bezsenności. Odezwał się do zdumionego wysłannika señora Fuentesa osłabłym, wyczerpanym głosem. Brzmiał on dojmująco chorobliwie spod stosu ponchos, które okrywały jego elegancką postać aż po czarne wąsy, nieufryzowane, obwisłe na znak cielesnej niemocy i umysłowego bezwładu. Gorączka, ciężka gorączka nawiedziła muy valiente pułkownika. Dziki wyraz twarzy, spowodowany skurczami kolki, która dopadła go znienacka, i szczękanie zębów, wywołane tłumionym dreszczem, wyglądały na tak prawdziwe objawy, iż wysłannik nie oparł się wrażeniu. Było to przeziębienie. Pułkownik oświadczył, że czuje się niezdolny myśleć, słuchać i mówić. Jak gdyby z nadludzkim wysiłkiem wystękał, iż nie może dać stosownej odpowiedzi ani też wykonać żadnego rozkazu jego ekscelencji. Za to jutro! Jutro! Ach, jutro! Niechaj jego ekscelencja don Pedro się nie martwi. Dzielny pułk z Esmeraldy dzierży przystań... dzierży... I zamknąwszy oczy, taczał swą obolałą głowę, jak na wpół majaczący chory, podczas kiedy wysłannik przyglądał mu się pod badawczo i musiał się pochylać nad hamakiem, żeby dosłyszeć urywane i wymęczone słowa. Jednak pułkownik Sotillo ma nadzieję, iż ludzkie uczucia jego ekscelencji pozwolą doktorowi, angielskiemu doktorowi, opuścić miasto ze szkatułką cudzoziemskich leków, żeby wziął go w swą lekarską opiekę. Prosił gorąco jego wielmożność swego gościa, caballera, żeby mijając Casa Gould, zechciał wstąpić i zawiadomić angielskiego doktora, który zapewne tam przebywa, iż pułkownik Sotillo leży obłożnie chory w Urzędzie Celnym i potrzebuje niezwłocznie jego pomocy lekarskiej. Nieodzownie. Wzywa go się jak najusilniej. Oczekuje z największą niecierpliwością. Stokrotne dzięki. Zamknął oczy z niewymownym znużeniem i nie otworzył ich ponownie, leżąc bez uczucia, głucho, niemo, nieruchomo, skołatany, złamany, zmiażdżony, unicestwiony przez okrutną niemoc.
Ale gdy tylko nieproszony gość zamknął za sobą drzwi, pułkownik zerwał się, zamachnąwszy obiema nogami w odmęcie wełnianych okryć. Ostrogi uwikłały mu się w zwoje ponchos, które zakrywały go niemal z głową, więc odzyskał równowagę dopiero na środku pokoju. Ukryty za uchyloną do połowy okiennicą, nadsłuchiwał, co będzie działo się na dole.
Wysłannik wsiadł już na konia i zwracając się do zasępionych oficerów, którzy stali przy drzwiach wejściowych, uchylił grzecznie kapelusza.
— Caballeros — rzekł donośnym głosem — niecha mi będzie wolno polecić najtroskliwszej opiece panów waszego pułkownika. Było dla mnie radością i zaszczytem poznać panów. Tworzycie wspaniałe grono ludzi, którzy hołdują rycerskiej cnocie cierpliwości na tej wysuniętej placówce, gdzie jest tak wiele słońca, a o wodzie nie ma mowy, gdy tymczasem miasto pełne jest wina i wdzięków kobiecych i czeka z otwartymi ramionami, żeby was przygarnąć do swego łona za waszą waleczność. Caballeros, mam zaszczyt pożegnać panów. Sulaco będzie tańczyło na zabój dzisiejszego wieczora. Do widzenia.
Ale powściągnął konia i przechylił głowę na bok, widząc, iż stary major wystąpił naprzód, wysoki i chudy, w długim, obcisłym płaszczu do kostek, w którym wyglądał jak pokrowiec ze zwiniętym wokół drzewca sztandarem pułkowym.
Inteligentny, stary wojownik, wypowiedziawszy na wstępie dogmatyczne twierdzenie, iż „świat jest pełen zdrajców”, zaczął wygłaszać z namysłem panegiryk na cześć Sotilla. Z rozwlekłą napuszonością wyposażał go we wszystkie możliwe zalety, streszczając je w niedorzecznym powiedzeniu, utartym wśród miejscowego pospólstwa (zwłaszcza w okolicy Esmeraldy).
— Jest to — zakończył, podnosząc nagle głos — człowiek o wielu zębach, hombre de muchos dientes. Si, señor. Jeżeli zaś chodzi o nas — dorzucił ze złowieszczym naciskiem — to wasza wielmożność widzi przed sobą najznakomitsze grono oficerskie z całej republiki, mężów nieporównanej mądrości i męstwa, y hombres de muchos dientes.
— Jak to? Wszyscy? — zagadnął szubrawy wysłannik señora Fuentesa z nikłym, drwiącym uśmieszkiem.
— Todos. Si, señor — potwierdził major poważnie i z przekonaniem. — Ludzie o wielu zębach.
Przybysz obrócił konia w stronę bramy podobnej do wysokich wrót nędznej stodoły. Podźwignął się w strzemionach i wyciągnął ramię. Był to krotochwilny hultaj, który dla tych głupich mieszkańców Zachodniej Prowincji odczuwał głęboką wzgardę, wrodzoną ludziom pochodzącym z centralnej części republiki. Zwłaszcza głupota tych esmeraldczyków dodała bodźca jego rozbawionemu lekceważeniu. Z uroczystym wyrazem twarzy rozpoczął przemówienie na cześć Pedrita Montero. Wymachiwał ręką, chcąc skupić na sobie ich uwagę. Kiedy zaś spostrzegł, iż wszystkie oczy zawisły na jego ustach, zaczął wykrzykiwać jakby katalog wszelkich doskonałości: „Wielkoduszny, waleczny, ludzki, głęboki — wywijał entuzjastycznie kapeluszem — mąż stanu, niezwyciężony wódz powstańców... — Po czym zaskakująco obniżył głos i nadając mu głębokie, głuche brzmienie, zakończył: — i dentysta”.