W okamgnieniu odjechał na znaczną odległość; sztywno rozkraczone nogi, zwrócone na zewnątrz stopy, wyprostowany grzbiet, łobuzersko przekrzywione sombrero, nieruchome ramiona — wszystko to wyrażało bezgraniczny, wręcz przejmujący zgrozą bezwstyd.

Na górze, za niedomkniętą okiennicą, Sotillo stał czas jakiś nieruchomo. Zuchwalstwo tego hultaja przeraziło go. Co powiedzą na to jego oficerowie stojący na dole? Nie mówili nic. Zupełne milczenie. Zadygotał. Nie tak sobie wyobrażał tę wyprawę. Widział siebie w roli triumfującego, niekwestionowanego, zaspokojonego bożyszcza żołnierzy, rozważającego w skrytości swego zadowolenia rozkoszna alternatywy władzy i bogactwa. Niestety! Stało się inaczej! Rozstrojony, niespokojny, ubezwładniony, trawiony ogniem wściekłości lub zlodowaciały od grozy, czuł, że ze wszystkich pełznie ku niemu stron przerażenie bezdenne jak morze. Ten łotr, doktor, miał nadejść i udzielić mu informacji. To jasne. Ale opuszczony, nie będzie miał z nich pożytku. Nie będzie mógł z nimi nic zrobić. Przekleństwo! Doktor nigdy nie wyjdzie z miasta! Prawdopodobnie już go aresztowano i wrzucono do więzienia razem z don Carlosem. Zaśmiał się na całe gardło jak szalony. Ha! ha! ha! ha! To Pedrito Montero zdobędzie te informacje. Ha! ha! ha! ha! — srebro też. Ha!

Śmiejąc się tak, znieruchomiał naraz i umilkł, jakby skamieniał. On także miał jeńca. Jeńca, który musi, musi znać całą prawdę. Trzeba go zmusić do mówienia. I Sotillo, który ani na chwilę nie zapominał całkiem o Hirschu, doznał niepojętej rozterki na myśl, iż trzeba będzie chwycić się ostateczności.

Doznał rozterki, cząstki tej bezdennej grozy, która pełzła ku niemu ze wszystkich stron. Przypomniał sobie z odrazą rozszerzone źrenice handlarza skór, jego miotanie się, głośny szloch i zaklęcia. Nie było to współczucie czy bodaj tylko nerwowe przeczulenie. Faktem jest, że jakkolwiek Sotillo ani przez chwilę nie wierzył w jego opowiadanie — nie mógł w nie uwierzyć, bo któż by uwierzył w takie brednie? — to jednak niemile raziły go akcenty rozpaczliwej prawdy. Robiło mu się od nich mdło. Nasuwało się mu również podejrzenie, że ten człowiek mógł zwariować ze strachu. Wypytywanie wariata to sprawa beznadziejna. Ba! Udawanie. Nic tylko udawanie! Będzie wiedział, jak sobie z nim poradzić.

Zapamiętał się w rozdrażnieniu do ostatecznej dzikości. Zmrużył lekko swe piękne oczy. Klasnął w dłonie. Bosonogi ordynans wszedł bezszelestnie. Był to kapral z bagnetem u pasa i kijem w ręce.

Pułkownik wydał rozkaz i wkrótce nieszczęsny Hirsch, popychany przez kilku żołnierzy, zastał go, rozpartego groźnie w wielkim fotelu, z rozstawionymi kolanami, podpierającego się pod boki, władczego, majestatycznego, nieodpartego, wyniosłego, dostojnego, straszliwego.

Hirschowi związano ręce na plecach i wtrącono go przemocą do jednego z mniejszych pokoi. Zdawało się, iż zapomniano o nim, gdyż długo leżał nieprzytomny na podłodze. Z tego osamotnienia, pełnego rozpaczy i grozy, wyrwano go, bezlitośnie kopiąc i bijąc. Był ogłupiały i bierny. Słuchał gróźb i napomnień, po czym odpowiadał na pytania w zwykły sobie sposób, z brodą spuszczoną na piersi i rękami związanymi na plecach, słaniając się nieco przed Sotillem i nie podnosząc na niego oczu. Kiedy zmuszono go do podźwignięcia głowy, przykładając mu ostrze bagnetu pod brodę, jego oczy miały puste, obłąkańcze spojrzenie, a krople potu, wielkie jak groch, spływały po brudnej, posiniaczonej i pokaleczonej skórze jego bladej twarzy. Aż nagle przestały spływać.

Sotillo spoglądał na niego w milczeniu.

— Przestaniesz się upierać, łotrze? — zapytał.

Już rzemień, którego jeden koniec krępował przeguby señora Hirscha, przerzucono przez belkę, już czekali trzej żołnierze, którzy trzymali jego drugi koniec. Nie odpowiedział. Jego gruba dolna warga obwisła jak u głupka. Sotillo dał znak. Hirsch stracił oparcie pod nogami. Wrzask śmiertelnej rozpaczy przeleciał przez pokój, wypełnił korytarze wielkiego budynku i targnął powietrzem na zewnątrz. Wszyscy żołnierze obozujący na wybrzeżu podnieśli oczy do okien. Kilku oficerów, którzy gawędzili z podnieceniem w sieni, zerwało się z miejsca, błyskając oczyma. Inni zacięli usta i utkwili ponure spojrzenia w podłogę.