Sotillo wyszedł z pokoju, a za nim żołnierze. Wartownik stojący na podeście sprezentował broń. Hirsch pozostał sam, krzycząc za niedomkniętymi okiennicami, przez które blask słoneczny, odbity od wód portu, falował rozedrganym chybotaniem światła wysoko na ścianie. Skowytał z uniesionymi w górę brwiami i szeroko rozwartymi ustami, niewiarygodnie wielką gębą, czarną, potworną, najeżoną zębami, niemal komiczną.
W nieruchomym, rozżarzonym powietrzu bezwietrznego popołudnia odgłosy jego konania docierały aż do biur Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej. Kapitan Mitchell, który wyszedł na balkon, by zorientować się, co się dzieje, słyszał go słabo, lecz wyraźnie. Ten nikły, przerażający dźwięk drgał mu w uszach, gdy uciekał z balkonu z pobladłymi policzkami. Tego popołudnia spędzał go z balkonu jeszcze kilkakrotnie.
Sotillo, zły i rozdrażniony, chodził niespokojnie, naradzał się z oficerami, wydawał sprzeczne rozkazy przenikliwym krzykiem, który rozlegał się donośnie w opustoszałym budynku. Od czasu do czasu zapadała przewlekła, złowroga cisza. Kilkakrotnie wchodził do pokoju tortur, gdzie leżały na stole jego szabla, szpicruta, rewolwer i lorneta, by zapytać z wymuszonym spokojem:
— Cóż, powiesz teraz prawdę? Nie? Poczekam.
Ale nie nie mógł już dłużej czekać. Na tym to polegało. Ilekroć wchodził i wychodził, trzaskając drzwiami, wartownik na podeście prezentował broń i otrzymywał w zamian gniewne, jadowite, błędne spojrzenie, które w rzeczywistości nie widziało niczego, będąc tylko odbiciem duszy, duszy pełnej posępnej nienawiści, chwiejności, chciwości i wściekłości.
Słońce już zaszło, gdy wszedł raz jeszcze. Żołnierz wniósł dwie zapalone świece i wymknął się chyłkiem, bezgłośnie zamykając drzwi.
— Gadaj, ty, żydowski diabelski pomiocie! Srebro! Srebro, mówię! Gdzie ono jest? Gdzieście je ukryli, cudzoziemskie łotry? Gadaj albo...
Lekkie drżenie przebiegło po napiętym rzemieniu od udręczonych członków, ale ciało señora Hirscha, przedsiębiorczego kupca z Esmeraldy, wisiało pod potężną belką pionowo i cicho, zwracając się do pułkownika żałosną twarzą. Napływało nocne powietrze, ochłodzone przez śniegach Sierry, i stopniowo odświeżało rozkosznie pokój, pełen gorącego zaduchu.
— Mów, złodzieju, łajdaku, picaro254... albo...
Sotillo chwycił szpicrutę i stał z podniesionym ramieniem. Czuł, iż za jedno słowo, za jedno malutkie słówko, byłby ukląkł, pokłonił się, czołgał przed ospałym, przytomnym spojrzeniem tych nieruchomych gałek ocznych, wychodzących z orbit w wynędzniałej, rozczochranej głowie, która opadła w milczeniu z krzywo zamkniętymi ustami. Pułkownik zazgrzytał zębami i uderzył. Rzemień zakołysał leniwie pod ciosem, jak długi sznur wahadła wytrąconego z bezwładu. Ale wahnięcie nie udzieliło się ciału señora Hirscha, znanego na wybrzeżu handlarza skór. Kurczowym wysiłkiem spętanych ramion podskoczyło w górę na kilka cali, skręcając się jak ryba na końcu wędki. Głowa señora Hirscha opadła w tył, napinając szyję, broda zadygotała. Klekot jego szczękających zębów rozległ się na chwilę w wielkim, mrocznym pokoju, gdzie świece tworzyły jasne plamy dokoła dwu płomieni jarzących się obok siebie. I kiedy Sotillo, nie opuszczając ręki, czekał na odpowiedź, Hirsch wyszczerzył zęby i z nagłym podrzutem wykręconych ramion plunął mu gwałtownie w twarz.