Podniesiona szpicruta opadła i pułkownik odskoczył wstecz z lekkim okrzykiem przerażenia, jakby pokropiony wytryskiem zabójczej trucizny. Ruchem szybkim jak myśl chwycił rewolwer i dwukrotnie wystrzelił. Huk i wstrząs wystrzałów natychmiast przeistoczył jego niepohamowaną wściekłość w idiotyczne osłupienie. Stał z obwisłą szczęką i znieruchomiałymi oczyma. Co on narobił, sangre de Dios255? Co on narobił? Przeraził się swoim popędliwym czynem, który zamknął na wieki usta, z których tak wiele można było wymusić. Co on powie? Jak się wytłumaczy? Przemknęła mu przez głowę myśl o ucieczce na złamanie karku, gdziekolwiek. Tchórzostwo podsunęło mu nawet nędzny i niedorzeczny zamiar ukrycia się pod stołem. Było już za późno. Oficerowie wtargnęli hałaśliwie, szczękając pochwami od szabel, z głośnymi okrzykami ciekawości i zdumienia. Ponieważ jednak nie zatopili od razu szabel w jego piersi, bezczelność jego charakteru przejęła kontrolę. Wyprostował się, ocierając twarz rękawem munduru. Jego surowe spojrzenie krążyło powoli od jednego do drugiego oficera, tłumiąc zgiełk. Sztywne ciało nieboszczyka señora Hirscha, zakołysawszy się nieznacznie, wykonało pół obrotu i znieruchomiało wśród szmeru grozy i niespokojnego szurania nogami.
Ktoś zauważył głośno:
— Patrzcie na człowieka, który już nigdy nie przemówi!
Zaś inny głos, dolatujący z tylnego rzędu, wykrzyknął bojaźliwie, ale natarczywie:
— Dlaczego pan go zabił, mi colonel?
— Ponieważ wyznał wszystko — odparł Sotillo z zuchwalstwem rozpaczy. Czuł się zapędzony do narożnika. Uciekł się do tej bezczelności, korzystając ze swej reputacji, i całkowicie mu się powiodło. Jego słuchacze uważali go za zdolnego do takiego czynu. Byli skłonni wierzyć w każdą pochlebną bajkę. Nie ma łatwowierności tak pochopnej i ślepej jak łatwowierność chciwości, która na ogół jest miarą nędzy moralnej i umysłowego upadku ludzkości. Ach, więc wyznał wszystko ten pokraczny Żyd, ten bribon256! To dobrze. Był już więc niepotrzebny. Nagle usłyszano wybuch głośnego, rubasznego śmiechu señora kapitana, człowieka o wielkiej głowie z małymi krągłymi oczkami i potwornie opasłymi policzkami, które nigdy nie drgały. Stary major, wysoki i przeraźliwie obdarty niby jakieś strach na wróble, krążył dokoła zwłok nieboszczyka Hirscha i pomrukiwał do siebie z niezmiernym zadowoleniem, że teraz trzeba nie będzie strzec się zdrady tego łajdaka. Inni gapili się, przestępując z nogi na nogę i zwierzając się sobie urywanym szeptem ze swych spostrzeżeń.
Sotillo przypasał swą szablę i wydał krótki, stanowczy rozkaz, by pośpieszono się z odwrotem, uchwalonym po południu. Złowrogi, przygnębiony, z sombrerem wciśniętym na oczy, wyszedł pierwszy za drzwi w takiej rozterce ducha, iż zapomniał zupełnie uprzedzić o możliwym powrocie doktora Monyghama. Oficerowie podążyli za nim gromadnie; jeden czy dwu obejrzało się przelotnie na nieboszczyka señora Hirscha, kupca z Esmeraldy, który zakołysał się sztywno i pozostał sam z dwiema zapalonymi świecami. W pustym pokoju padający na ścianę gęsty cień głowy i ramion dawał pozory życia.
Na dole żołnierze ustawili się w milczeniu i ruszyli kompaniami, bez bębnów i trąbek. Stary major, strach na wróble, dowodził strażą tylną. Jednak żołnierze, których pozostawił z rozkazem, by podłożyli ogień pod Urząd Celny (i „spalili ścierwo tego zdrajcy, żyda, który tam wisi”), zawiedli z pośpiechu i nie poczekali, aż schody zajmą się płomieniem. Zwłoki nieboszczyka señora Hirscha jakiś czas przebywały samotnie w posępnym, pustym, niewykończonym budynku, rozbrzmiewającym upiornie nagłymi trzaskami i skrzypieniami drzwi i klamek, szelestami podartych papierów i rozełkanymi westchnieniami wiatru, które za każdym podmuchem rozlegały się pod wysokim dachem.
Światło dwóch świec, palących się przed pionowym, wiszącym bez tchu nieruchomym ciałem nieboszczyka señora Hirscha, rzucało odblask na ląd i na morze, jak sygnał wśród nocy. Tak trup ten doczekał się chwili, kiedy przeraził Nostroma swą obecnością i wprawił w zakłopotanie doktora Monyghama tajemnicą swego okrutnego zgonu.
— Ale dlaczego go zastrzelił? — spytał znów doktor sam siebie półgłosem.